wtorek, 18 września 2018

Muse Do Drugiego Albumu

Hej, dziś powracam do was z kolejnym postem poświęconym szlachetnej historii Muse. Po napisaniu ostatniego tekstu lubiłam bardzo przewijać go i czytać co ważniejsze punkty, tak bardzo mi się podobał. Jeśli z jakiegoś powodu trafiłeś tutaj, wędrowcze, zupełnie przypadkiem odsyłam Cię do tamtej notatki, żebyś wczuł się w klimat. Spokojnie, mamy czas.
...
Już? Fantastycznie, zatem idziemy dalej z tą historią!


Przypomnijmy zatem - jesteśmy po wydaniu pierwszego pełnoprawnego albumu, który nie przyjmuje się za dobrze ani w UK, skąd muzycy pochodzą, ani nawet w Ameryce, natomiast - co ważne! - gdyby Muse miało kiedykolwiek poczuć dozę sympatii do jakiegoś konkretnego narodu, to byliby to Francuzi, którzy na punkcie 'Showbiz' absolutnie oszaleli! Wcale im się zresztą nie dziwię, ta płyta ma w sobie jakąś moc i Europejczycy (nie licząc zakochanych nadal w popie Brytyjczyków) natychmiast ją wyczuli. Muse naprawdę miało powód aby cieplej myśleć o Starym Kontynencie (szczególnie o Niemcach i Francuzach), jeśli chodzi o odbiór ich dzieł w początkach kariery. Amerykanie nie poczuli się jeszcze gotowi na rewolucję w rocku, o czym świadczył niewielki sukces trasy koncertowej po Stanach (Muse zagrało nawet na scenie na Woodstocku w 1999r.), natomiast zachęcał ich do zapoznania się z przychylnymi ich muzyce Europejczykami - gdy na koncercie na La Route Du Rock w St Malo (podlinkowałam wam ich oficjalną stronę) przyszło ich powitać 9 tysięcy fanów.
La Route Du Rock to francuski festiwal muzyczny który odbywa się dwa razy do roku - latem i zimą -
to wydarzenie przede wszystkim dla mniejszych twórców i zespołów. Za czasów Muse mógł być określany zaledwie
jako "festyn", na który przychodziło max. 500 osób.

Muse na Route Du Rock; źródło: microcuts.net
Wracając jednak do albumu - jego oceny nie były zachwycające, a dzięki niemu na kilka lat do Muse przylgnęły spore łaty sugerujące, że są naśladowcami Radiohead (ich płyta brzmiała całkiem jak 'The Bends' i to podobieństwo miało się jeszcze mścić na zespole), zarzucano im nawiązania do Suede, Nirvany oraz Mansun, a sam album określano np. jako "wagnerowskie hymny". Zatem w Wielkiej
Brytanii do płyty podchodzono bardzo cynicznie i ostrożnie, podczas gdy we Francji i Niemczech stawała się ona towarem deficytowym!

We wrześniu 1999 r. Chris Wolstenholme został po raz pierwszy ojcem - jego syn otrzymał imię Alfie. (Alfie teraz już jest całkiem przystojnym młodzieńcem, jeśli chcecie znać moje zdanie i prowadzi swojego instagrama.)

W międzyczasie trasy koncertowe we Francji i Niemczech przywodziły tłumy fanów; gdy koncert odbywał się w sali koncertowej wewnątrz budynku, setki osób nie mogąc nawet wejść do środka, uczestniczyły w koncercie poza budynkiem. W trakcie występów Matt coraz bardziej oddalał się od rzeczywistości, był nerwowy, w amoku niszczył instrumenty i sprzęt na scenie, zwłaszcza gdy opanowywał go destrukcyjny nastrój. Zresztą wypadałoby wspomnieć teraz o tym, co jeszcze stało u podnóża tych szkodliwych zachowań - na początku ekipa techniczna Muse to byli koledzy członków zespołu i bezdomny palacz zioła, którego znaleźli śpiącego w vanie i który ponoć przez trzy tygodnie nie żywił się wyłącznie płatkami kukurydzianymi. Chłopcy nie mieli doświadczenia, dlatego zawsze, gdy stan sprzętu, instrumentów czy czegokolwiek na scenie nie była po myśli Matta, wpadał w szał i po prostu niszczył wszystko, co wpadło mu w dłonie. Ale Bellamy też nigdy nie przestał być po prostu dynamicznym na scenie muzykiem, zainteresowanym tym, żeby zrobić jak największy show. Prawdziwy z niego zwierz koncertowy! :D


Co więcej, mimo ścisłego harmonogramu Muse cieszyli się i nie narzekali na nadmiar pracy i traktowali to jak wielką imprezę. Po sukcesywnym koncercie w Barcy dla 16-tysięcznej widowni, gdzie Muse wystąpił w charakterze supportu dla Red Hot Chili Peppers, zespół wydał 'Muscle Museum' na singlu w komplecie dwóch CD.
Podczas maratonu podpisywania płyt Muse rozpędził się do tego stopnia, że wśród kolekcjonerów rzadsza jest płyta bez podpisu. A propos, Matt uznał za zabawne aby umieścić na niektórych płytach numer komórki Dominicka, który zalany wiadomościami od fanów zawierających w większości głupawe chichoty był zmuszony w końcu zmienić numer telefonu.*
Licząc na większe zainteresowanie rodaków wrócili tryumfalnie do Devon, w zamian otrzymując niemiłą reakcję władz Teignmouth na słowa wypowiedziane pewien czas wcześniej przez Chrisa zarzucające miastu obojętność wobec potrzeb nastoletnich mieszkańców i problem narkotyków w obrębie miasta. Burmistrz skomentował te uwagi krytycznie i uznał je za niewdzięczność za pomoc okazaną członkom zespołu przez mieszkańców Teignmouth a na łamach miejscowej gazety (South Devon Herald Express) zamieszczono jego zdjęcie na którym wrzuca egzemplarz 'Showbiz' do kosza. Zespół odmówił spotkania z burmistrzem, który pragnął publicznie uścisnąć im dłonie, nie przejęli się całą sytuacją i mieli już zamiar na sesji dla BBC zaprezentować swoją wersję 'Feeling Good' - Matt usiłował napisać coś podobnego do oryginalnego utworu, gdyż była to ulubiona piosenka jego mamy, ale w wyniku niepowodzeń postanowił przerobić istniejącą piosenkę - trzecią zwrotkę zaśpiewał przez megafon.
Tymczasem nowa płyta była w przygotowaniu; Matt tym razem więcej kawałków grał na pianinie, ponieważ nie chciał, aby nowy album przypominał ten debiutancki. Silnie zainspirowany nowojorskim koncertem Toma Waitsa (eksperymentalny bluesman o zachrypniętym głosie*) wprowadził nowości, jak używanie kości i instrumentów voodoo oraz lepsze teksty - kierowała nim jego własna ambicja.
Zespół zwrócił się w kierunku hedonizmu, nie ograniczając się wyłącznie do kilku piw po koncercie, lecz zapraszając fanów na powystępowy wypad do barów, zwiedzanie i konsumowanie trawki. Tym samym Matt stał się mniej nerwowy i zestresowany, akceptując stopniowo swój nowy status wschodzącej gwiazdy rocka (tak, wiem, skromność to chyba nie jego styl :D).

Muse zagrał w Amsterdamie w klubie Paradiso z okazji obchodów milenium. Koncert ten musiał być zapamiętany z dwóch ważnych powodów - występ składał się z zestawu 17 utworów (był najdłuższym w historii zespołu) i w dniu tym zespół zagrał po raz pierwszy na scenie utwór 'Plug In Baby', który zawierał jeden z najlepszych w historii rocka riff gitarowy wykonany przez Matta. Sama piosenka w kontekście tekstu była mieszaniną bez składu i koniec końców nikt, nawet sam Bellamy, nie wiedział dokładnie, o czym opowiada. Utwór jednak zadecydował o tym, jak szybko rozwinęła się kariera Muse: bilety na koncerty we Francji zaczęły się sprzedawać w rekordowym tempie - każdy chciał na własne oczy zobaczyć wykonanie utworu wzbijającego iskry niczym wulkan, pchającego refrenem prosto w pogo. Tak samo szybko - o dziwo - wyprzedały się bilety koncertowe na Uniwersytecie Londyńskim.
W styczniu 2000r. trio odebrało nagrodę dla najlepszych nowych artystów (NME) przyznaną im przez czytelników. Wówczas fakt ten był dla Muse zaskakujący jako że wygrali z gwiazdami pokroju Eminema oraz Macy Gray. Tuż po tym wydarzeniu muzycy omal nie zginęli z powodu wybuchu silnika w ich prywatnym odrzutowcu, spowodowanego problemami z kompresją paliwa. Po tym traumatycznym przeżyciu wszyscy troje wrócili wprost na przyjęcie NME, gdzie upili się do nieprzytomności.

Podczas pewnego wywiadu Matt próbował opisać okoliczności powstania utworu 'Sunburn' i posłużył się swoją wiedzą o tajnikach życia nocnych motyli, które za pomocą księżyca określają kierunek, a zderzywszy się z żarówką osiągają raj, ale nieprawdziwy. Ten świat przyrównał do ludzi, którzy latając w kosmos wyrażają ludzkie dążenie do osiągnięcia "czegoś więcej", ze szkodą dla wiary i szczęścia; nauka niszczy  podstawowe ludzkie prawdy, negując istnienie niebios. Zapytany co dla niego jest taką "żarówką" odpowiedział: kobiety. ;)

Ale wracając do robienia kariery - na przełomie marca i kwietnia 2000r. Muse otrzymał propozycję supportowania RHCP (którzy to uważali się za gorących fanów i protektorów młodego zespołu), z której to skorzystali. Trasa z początku nie obejmowała zbyt dużych amerykańskich miast, jednak dzięki temu Muse spędził sporo czasu z Davem Grohlem i samymi RHCP, z którymi zaczęła łączyć ich szczera więź obejmująca wspólne obchody barów po koncercie czy improwizowanie na scenie. Jednym z elementów rock'n'rollowego świata, z jakim na serio spotkali się teraz członkowie zespołu były zorganizowane groupies, które niezupełnie przypadły im do gustu - okazały się tak bezczelne i drapieżne, że zdolne zrobić wszystko, aby zdobyć swój upatrzony obiekt pożądania.
Po tejże trasie nastąpiła kolejna - po UK, promująca 'Unintended', w której na swego supporta Muse wybrał Coldplay. Oba zespoły zaczynały w podobnych latach swoją działalność i oba wówczas uważano za naśladowców Radiohead. Jednak różnili się kulturą koncertową - Coldplay byli stonowani i eleganccy, podczas gdy Matt zachowywał się dziko, demolując instrumenty i sprzęt. Budował przez to swoją pozycję, odnosił sukces, będąc prawdziwą gwiazdą rocka i naprawdę tracił rozum. A 'Unintended' wylądowało w Top 20 na liście przebojów w ojczyźnie zespołu!

Od czasu trasy koncertowej z RHCP Matt doznawał dziwnych halucynacji sugerujących, że przebywa na odległej planecie i nagle z przeraźliwie błękitnego nieba zaczynają spadać setki trójkątnych metalowych ostrzy, opadając uderzały go w tył głowy. Po przebudzeniu cierpiał z powodu migreny wywołanej odwodnieniem (taka brytyjska gwiazda jak on piła w ciągu dnia jedną filiżankę herbaty i do tego mnóstwo alkoholu), co prędko wyszło na jaw wraz z pierwszą wizytą u lekarza, jednak zanim na taką Matt się wybrał, zaczynał wierzyć, że jest ofiarą próby kontroli jego umysłu przez rząd poprzez promieniowanie (zgodnie z konspiracyjną teorią wojny psychologicznej). Gdy tylko zaczął wypijać 2 litry wody dziennie wszystko zniknęło.

Matt na razie słucha wyłącznie Berlioza (to dla niego najwybitniejszy kompozytor) lub muzyki w swojej głowie, gdyż układa utwory, po czym gra je na pianinie lub gitarze w całości bez wcześniejszych prób. Nie przemawia na scenie, bo uważa że słowa zdeprecjonowałyby sens utworów.
Między czerwcem a listopadem 2000 roku Muse zagrał na około 40 nowopowstałych festiwalach na całym świecie. Problemy techniczne były jak chleb powszedni, zatem Matt rozwalał coraz więcej instrumentów na scenie. W Torquay's Riviera Centre Bellamy finalnie rozbił gitarę waląc nią we wzmacniacz, gdy Chris surfując na ramionach tłumu, nadal grał basowy riff końcowy 'Ashamed'. Innym razem Matt rzucił gitarą w perkusję Dominicka, która trafiła go w oko i rozcięła mu łuk brwiowy, co skończyło się zastrzykiem przeciwtężcowym.
Na imprezie Radio One, One Big Sunday w Chantry Park w Ipswich zespół miał zagrać dwa utwory z playbacku - nie mogli na propozycję się nie zgodzić, bo Mansun i JJ72, mający występować razem z nimi już wyrazili swoją zgodę. Chris udawał, że gra na perkusji, Dom brzdąkał na pożyczonym basie, a Matt zaczął śpiewać 'Muscle Museum', gdy zorientował się, że nie ma nawet nasłuchu na wokal. Muse zeszli ze sceny nim operator zdążył puścić ich drugi utwór.
Matt zdołał kupić sobie od wytwórni dwa tygodnie przerwy na Malediwach od trasy w celu skupienia się na napisaniu nowych utworach. Pobyt zakończył się zaledwie z 'Megalomanią'.

Podczas trasy koncertowej w Japonii, która to natychmiast Muse oczarowała. Kraj był w ich stylu - duży, głośny, szybki, technologicznie zaawansowany i pełen blasku neonów oraz modnych i nowoczesnych ubrań - takich jakie lubił Matt. Bellamy lubił również gadżety, więc kupił sobie tam MP3 rozmiaru zegarka na rękę, którego nie musiał wyłączać podczas lotów. Na festiwalach występowali głównie o wczesnych godzinach, dzięki czemu mieli więcej czasu na własne imprezy. W Japonii imprezom smaczku nadawało wspomaganie w formie grzybów zawierających psylocybinę, legalnych w tym kraju, z których to Muse chętnie korzystało (Matt był zwolennikiem wyłącznie "naturalnych" narkotyków jak trawka czy grzybki; chemikalia produkowane przez mafie omijał jak mógł), niekiedy Mattowi zdarzało się zażyć małą dawkę koki, aby rozluźnić się w towarzystwie. Wedle niektórych historii zespół nie był na haju wyłącznie w dni wolne od koncertów (raz w Malmo KB w Szwecji Matt zapowiedział 'Feeling Good' słowami "Słońce jest jak łyżka, jakbym mógł dobrego człowieka uczynić złym"). Muse pokochało Japonię również za dziewczęta - już wtedy pokutowało przeświadczenie, że niezależne brytyjskie zespoły mogły być zupełnie nieznane w ojczyźnie, ale w Japonii czczono ich jak gwiazdy. Fani byli wyjątkowo entuzjastyczni i posuwali się nawet do śledzenia członków zespołu, często jednak byli dość grzeczni. Fanki za to nie raz miały szansę na bliższe kontakty z muzykami. Raz Matt i Dom zorganizowali w pokoju hotelowym orgię z dziewięcioma dziewczynami doprawioną grzybkami. Ta sytuacja przyniosła konsekwencje - związek Matta stanął pod znakiem zapytania, a za Dominickiem natrętnie zaczęły podążać od miasta do miasta groupies.
Gdy ich trasa przeniosła się do Europy (Grecja, Marsylia, Włochy, Szwajcaria), powoli zaczęła pętać ich muzyka belgijska, m.in. Soulwax.

Wreszcie nadchodzi pora aby nagrać drugi album; znów miał być on wyprodukowany w całości przez Johna Leckiego, lecz wówczas przebywał on w Afryce na sesji z innym zespołem, zatem Taste Media i Mushroom zdecydowały się na Dave'a Bottrilla odpowiedzialnego za 'Aenimę' zespołu Tool oraz za płytę eksperymentalnego popowego belgijskiego zespołu dEus.
Płyta miała być dużo bardziej rockowa, tak jakby Muse nagle nabrał odwagi i odnalazł swoje oryginalne brzmienie - mocniejsze, cięższe i bardziej wyrafinowane. Zespół sprowadził swój koncertowy wzmacniacz do studia i nagrali prawie połowę albumu dzięki metodzie nagrywania opracowanej przez Rage Against The Machine (najpierw nagrywa się linię czystego basu i nakłada się na nią przestrojony bas, tak aby brzmiał on podobnie do gitary - dzięki temu brzmi to jakby zespołowi doszła jeszcze jedna gitara, co wzmacniało ich brzmienie). Nagrali wówczas 'Plug In Baby', 'Bliss', 'New Born' i 'Darkshines'. Po pięciu dniach nagrań zorientowali się, że na pobliskim polu wyrosły w nocy magiczne grzybki, na które się rzucili. Wkrótce rozebrali się i wskoczyli do jacuzzi, gdzie przez cztery dni opychali się grzybami, które w ich stanie zaczynały przypominać im robaki. Trzeciego dnia Matt zasnął w wannie i ogłuchł na jedno ucho, przez co nagranie wyszło kiepsko, więc całość zremiksował ponownie w Sawmills John Cornfield, dzięki czemu 'Plug In Baby' wyszło tak monumentalne, że wytwórnia natychmiast wysłała utwór do rozgłośni radiowych, gdzie od razu zagościł na playlistach, dzięki czemu zespół znów podbijał serca słuchaczy. Sprzedano 250.00 egzemplarzy płyt, co biło rekordy takich sław jak Marilyn Manson, Korn czy Slipknot.
Łódź ta kiedyś należała do Freda Karno, odkrywcy Flipa i Flapa
oraz Charliego Chaplina, którą w 1986 r. David Gilmour z Pink
Floyd odkupił i zamienił w pływające studio nagraniowe.
Gdy w styczniu 2001 r. należało zabrać się do nagrań pozostałej połowy utworów na nowy album to Bottrill był nieosiągalny ze względu na pracę nad albumem 'Lateralus' Toolu, a Leckie powrócił szczęśliwy, że znów może współpracować z Muse. Cieszył się również z wpływu, jaki miał na zespół, który dotyczył muzycznych inspiracji (jak Tom Waits, czy Captain Beefheart), po czym zabrał muzyków do mieszkalnej łodzi w Astorii zacumowanej przy Tagg Island na Tamizie, gdzie odbyła się reszta sesji nagraniowych, które w większości odbywały się od południa do nocy i były długie i wyczerpujące. Ciemności nocy przekładały się na mroczny nastrój muzyki. Matt chętnie korzystał z syntetyzatora oraz kreatywnych i makabrycznych instrumentów (udało im się kupić nieco zwierzęcych żeberek u rzeźnika w sam raz do nagrania 'Screenager'.
W 'Space Dementia' (zainspirowanym Rachmaninowem) część partii perkusyjnej stanowi odgłos zapinania i rozpinania zamka błyskawicznego przy rozporku Matta.
Prócz tego Leckie wieszał muzykom na szyjach kopytka lamy i kazał im z nimi chodzić po sali przez 5 minut grzechocząc nimi, skandując, uderzając w dzwonki i strzelając folią bąbelkową, co miało nadać magiczną atmosferę - Matt nazywał to psycho-akustyką.*
Nawet teksty utworów były dużo mroczniejsze, choć z perspektywy czasu Matt określał je jako bardziej pozytywne niż te zawarte na pierwszym albumie. Wyrzucał w nich z siebie cokolwiek, co przyszło mu do głowy w prosty sposób, przez co sens pozostawał mglisty i niejasny do dziś; sam Matt tłumaczył to różnorodnością mieszczących się w nim osobowości. Często śpiewał o odrzuceniu tego, co więzi nas i nie pozwala być sobą. Tym albumem rządziły morderstwo, zazdrość, destrukcja, pożądanie i destabilizacja, choć dodatek rozumu zamienił go w naukowy lub nawet kosmiczny. Inspirował się kolejnymi książkami - 'Virtual Organisms' Marka Warda o powstaniu sztucznego życia, które urastać ma do wydarzenia porównywalnego do powstania życia ludzkiego i mówiącego o tym, że roboty są także ludźmi (inspiracje widać w 'New Born' i 'Plug In Baby'), lecz przede wszystkim 'Hyperspace' M. Kaku i 'The Elegant Universe' Briana Greene'a miały największy wpływ na wizje Matta. W dodatku w tym okresie fascynuje go teoria strun, na temat której czyta coraz więcej do stopnia, w którym staje się to jego obłędem. Teoria ta (niewiele mająca wspólnego z nauką) sprawiła, że Bellamy przestał postrzegać ludzi jako nic nieznaczące robaki zagubione w kosmosie a zaczął jako najbardziej interesujące istoty w otaczającej nas pustce, ale wpłynęła też na niego na tyle, że od niej miał wziąć swoją nazwę nadchodzący album - 'Origin Of Symmetry' (and that's the real shit).

W lutym trzeba było zakończyć nagrywanie ostatniego kawałka - nastrojowej 'Megalomanii', którą należało zagrać na organach. Utwór wykonany w St Mary's Church w Bathwick - aby jednak grać na kościelnych organach potrzebna była licencja. Proboszcz jednak poszedł zespołowi na rękę, życząc sobie jedynie poznać tekst utworu, aby nie okazało się, że użycza świętego instrumentu czcicielom diabła. Wówczas tekst jeszcze nie istniał, ale gdy powstał, oddawał całą złość i frustrację Matta po rozpadzie jego długoletniego związku i nosił tytuł roboczy 'Go Forth And Multiply' (Idźcie i rozmnażajcie się) od biblijnego cytatu, który rozzłościł Matta, gdyż sugerował, że jedynym celem ludzkości jest prokreacja, z czym on mocno się nie zgadzał. Przedstawił zatem duchownemu miły tekścik o pozytywnym przesłaniu i otrzymał pozwolenie zaledwie płacąc 300 funtów. W każdym razie 'Megalomania' potem nabrała bardzo antykościelnego charakteru a Matt wspominał okres jej powstawania jako jeden z najmroczniejszych w jego życiu.
'Showbiz' zaczęła święcić pół miliona sprzedanych egzemplarzy, a drugi album był już dopracowywany w Abbey Road. 'Plug In Baby' pięło się po liście przebojów, teledysk robił furorę w MTV i to ten utwór miał wreszcie wieszczyć sukces i zamknąć wszystkim sceptykom usta wypowiadające się o "kopiowaniu Radiohead". Przed zakończeniem albumu wydano też singla 'Plug In Baby' z różnościami.

Na pierwszy rzut oka widać, że nawet na okładce albumu
Matt chciał dać upust swojej halucynacji i obsesyjnej wierze
nt. wojny psychologicznej.
Album dzielił się na dwie różne połowy, pokazywał bardziej ekscentryczne i hardrockowe wydanie Muse. Pierwsza połowa - ostre, progresywno rockowe kawałki czerpały z pierwszej płyty, druga - eksperymentalna latino/ bluesowo/ metalowo/ operowa miała stanowić zupełną nowość - piosenki tej części wyszły bardzo różnie; jedne doskonałe, inne przesadzone lub słabe. W kontekście tekstu mamy tu dużo sci-fi: kolejny etap ludzkiej ewolucji, brak autorytetu czy Boga, rozważania o świadomości i istnieniu indywidualności, bezużyteczność moralności i dobroci w społeczeństwie. Był to twór nieco chwiejny, ambitny, choć w porównaniu do pierwszej EP-ki The Strokes wydanej w podobnym czasie (która miała rozruszać muzykę alternatywną na całą dekadę) prezentował się słabo.
Zatem mamy tu 'New Born' opowiadającą o ekspansji ludzkiego umysłu poza granice fizycznej formy a brzmiącą jak mutacja genetyczna 'Sunburn', następnie 'Bliss' z zapożyczonym arpeggio a lat 80-tych z gry Top Gear na Nintendo wydawała się najbardziej pozytywna na płycie. 'Space Dementia' to określenie używane przez NASA dla określenia poczucia destabilizacji, izolacji i braku znaczenia odczuwanych przez astronautę przebywającego przez dłuższy czas w kosmosie. Matt wciela się w astronautę a macierzystą planetę uosabia kochana przez niego osoba. 'Hyper Music' była z początku tylko bluesowym interludium na trasie Showbiz, gdy punkowa energia przekształciła go w dosłownie złego bliźniaka 'Bliss' na tej płycie. 'Plug In Baby' stanowi środek ciężkości albumu, z kolei 'Citizen Erased' składa się ze zwłowrogiego elektronicznego szumu wypełnionego wokalem Bellamy-ego skarżącego się na przykrości z udzielania wywiadów (ta, ja też nie wiem, po co tutaj ta piosenka...), 'Micro Cuts' streszcza halucynacje Matta i daje upust jego obsesji na punkcie wojny psychologicznej. Utwór ten skupia się mocno na operowym eksperymencie, który zakrawa na autoparodię i zdaje się zapożyczać nieco z wagnerowskiego chóru. 'Screenager' opowiada o dziecku wychowanym bardziej przez telewizję a następnie kaleczącym się w wyniku bombardowania wizjami perfekcyjnych modeli i aktorów. Utwór grany jest na kopytkach lamy, kościach zwierzęcych, folii bąbelkowej, dzwonkach wiatrowych i torbach na zakupy (prócz zwykłych instrumentów i syntetyzatorów). Półfunkowa 'Darkshines' opowiada o miłości do ładnej ale złej dziewczyny, latynoska gitara przypomina albumy Sade (a jak dla mnie piosenka tak mocno przypomina 'Uno', że w momentach solo aż chcę śpiewać "Cause you could've been number one..."). Pozostały nam dwa najlepsze utwory - 'Feeling Good' nacechowany seksualnie oferuje dobre przesłanie o nowym świcie, dniu i życiu, gdy z kolei ostatnia na liście 'Megalomania' kończy płytę tekstem oskarżającym samego Boga. I to właśnie te dwie ostatnie perełki zawierają esencję chwały i szaleństwa 'OOS' - jeden ma zgrabną melodię, drugi ogromny zasięg, razem przewidują sukces jaki czeka Muse - zanim go jednak osiągną będą musieli odkryć własną potęgę.

_________________________
* Wszelkie przypisy pochodzą z książki "Nie z tego świata: historia Muse", Mark Beaumont, Wydawnictwo Kagra, 2014.

środa, 8 sierpnia 2018

Muse do Pierwszego Albumu

Hej, witajcie wszyscy moi elektryczni ukochani! (Słabo? słabo)
Zignoruję fakt, że bywam tutaj tylko kiedy akurat weźmie mnie tęsknota za napisaniem czegoś, co nie będzie tylko jakimś bezsensownym komentarzem mojego otoczenia czy tam środowiska, a coś, co innych też może zainteresować, zainspirować czy popchnąć do działania.

Widziałam setki blogowych (lub prędzej blogaskowych) opowieści o ulubionych twórcach i zespołach, ale większość opierała się po prostu na spisaniu kilku faktów z wikipedii i dodaniu coś od siebie że "fajnie grają i podobają mi się ich teksty", przez co były to informacje mocno jednostronne i subiektywne, a przy tym zazwyczaj... nudne i niewiele wnoszące. Moją ambicją natomiast było napisać jednocześnie o zespole, który kocham nad życie, ale tak, aby nie zanudzić swojego czytelnika a dodatkowo by tekst uchronić przed banalnością. Co zatem zrobiłam? Postanowiłam, że dowiem się po prostu czegoś więcej ze źródła, z którego niewiele osób może wypić. Tego posta choć wcześniej mogłam zaplanować, to wolałam poczekać aż znajdzie się okazja. No i w końcu poszłam do biblioteki bez konkretnego planu. I zobaczyłam przepiękny grzbiet opisany czterema literami w dziale biografii.

***

Początek może być nieco łopatologiczny, ale trzeba wrzucić parę faktów, jeśli jesteś tutaj i nie masz pojęcia, co się dzieje, ani kogo mam na myśli. A przyjemność mam dzisiaj ogromną aby pisać o brytyjskim zespole rockowym Muse składającym się z trzech członków - solisty i gitarzysty Matthew Bellamy-ego, basisty Chrisa Wolstenholme-a oraz perkusisty Dominicka Howarda. Początki działalności grupy sięgają roku 1998, który uważany jest za Wielki Rok Muse, na początku trio jednoczyło się pod nazwą Gothic Plague, jakże norweskotwardym i ciężkim, potem zespół nazwał się Rocket Baby Dolls, specjalnie na okoliczność zagrania w Bitwie Zespołów Teignmouth, ale (i jeśli o mnie chodzi to dziękuję Bogu, że tak się stało) niedługo później przemianowano go na krótszą i znacznie lepiej wpadającą w ucho, a przy tym dobrze oddającą ducha jego członków nazwę  - Muse.
Słowem wstępu - najwięcej można dowiedzieć się o przeszłości Matta - pochodził z bardzo udanej rodziny, jeśli można tak powiedzieć. Jego ojciec należał do rockowej grupy The Tornados i jedynym, co warto wiedzieć jest to, że nie otrzymał takiej sławy, jaka być może mu się należała. Najważniejszym utworem jego zespołu było 'Telstar' (podrzucam wam linka, możecie sobie przesłuchać). Utwór nie zdobył wówczas zbyt dużej popularności, ale sam Matt rozumiał, że dla brytyjskiej sceny muzycznej stanowił przełom. Jego matka była medium. Normalnym wieczorem w ich domu była sesja z tablicą ouija, w trakcie której wszyscy członkowie rodziny Bellamy siadali razem i w sumie nie wiem, co jest takiego super w przyzywaniu duchów, ale dla Matta i jego starszego brata te doświadczenia znaczyły bardzo wiele i odcisnęły na nich spore piętno. Kolejnym takim wydarzeniem, które mocno Matta ukształtowało był rozwód jego rodziców, co prawdopodobnie rozwaliłoby każdego, ale dopóki mógł on jeszcze przebywać w towarzystwie swojej babci, która dawała mu jakąś podporę w tym trudnym czasie, o tyle nie uwidoczniło się to aż tak szybko. Dopiero nieco później część tych emocji, jakie mu towarzyszyły, gdy stał się upartym, zbuntowanym młodym człowiekiem kierowanym przez złe towarzystwo mieliśmy okazję poznać, przesłuchując pierwszą jego płytę zawartych w emocjonalnym wokalu... ale o tym nieco później.
Matt zatem był dzieckiem muzyki. Przejawiał duży talent; starszego brata rodzice wysłali do szkoły muzycznej, jednak nie odnajdując w nim zbyt dużego kunsztu postanowili Mattowi oszczędzić tej - jak im się wtedy wydawało - bezcelowej edukacji. Doszedł samodzielnie do takiej wprawy że ze słuchu potrafił na rodzinnym pianinie wygrywać dowolne melodie. Słuchał muzyki klasycznej, a za najlepszego na świecie kompozytora uważał Berlioza, inspirował się też m.in. Chopinem (co słychać w jednej z piosenek - 'United States of Euroasia' z czwartego albumu).
Najmniej wiadomo o rodzinie i przeszłości Chrisa, chłopcy poznali się w wieku nastoletnim, gdy mieszkali w jednym mieście - Teignmouth w UK. Chris dołączył do tworzącej się grupy, gdy akurat brakowało w niej basisty, a Wolstenholme ze wcześniejszych doświadczeń potrafił grać na gitarze elektrycznej, dlatego po dołączeniu do Muse (czy też wówczas Rocket Baby... eh, no wiecie) stawiał dopiero pierwsze kroki w grze na basowej. Dominick z kolei od zawsze interesował się muzyką, choć jego rodzice nie byli muzykalni i właściwie w najmniejszym stopniu nie przyczynili się do pasji syna.
Jednym z ich pierwszych sukcesów było wygranie miejscowego konkursu na zespół w 1994 roku. W książce* opisano go tak, że wówczas chłopcy przeżywali okres fascynacji Nirvaną, która Mattowi np. pozwoliła odkryć, że swoje frustracje może przerodzić w muzykę, co otworzyło przed nim wiele możliwości. Zatem w konkursie w ich mieście, który był zarazem ich pierwszym koncertem, gdy grali przed publicznością, zaprezentowali kilka swoich wczesnych utworów - 'Weakening Walls', 'Yellow Regret', 'Small Minded', 'Pointless Loss', 'A Turn To Stone' (mieli ich jeszcze kilka ogółem: 'Backdoor', 'Sling', 'Feed', 'Jigsaw Memory').
Na promenadzie w rodzinnym mieście - od prawej Matt, Dominick, Chris
(są w tych samych strojach, w których grają na nagraniach z konkursu).

Bez problemu znalazłam wideo z tego koncertu dostępne na Youtube, więc klikając na tytuły przeniesie was do tych nagrań, możecie sobie śmiało obczaić, choć jakość kiepska, ale warto dla zobaczenia zespołu zanim odkryli swoje brzmienie ;)
Konkurs zakończyli własnym wykonaniem 'Tourettes' Nirvany, gdy Dominick zaczął rozwalać swoją perkusję, prowokując widzów do wtargnięcia na scenę. "Na końcu Matt, Chris oraz 50 innych osób obróciło w drzazgi cały sprzęt sceniczny, który nie był własnością zespołu, lecz organizatorów."* Matta ściągnięto siłą ze sceny, gdy nadal grał, natomiast sędziowie oszołomieni tym zrywem nie mieli innego wyjścia niż przekazać zespołowi nagrodę. Muse tego wieczoru wygrało. Co prawda nie dlatego, że dobrze grali, bo nadrabiali żywiołowością braki w umiejętnościach. Ale wygrali za "śmiałość".

Kilka późniejszych lat, gdy Dominick i Matt skończyli szkołę (Chris był rok młodszy) zespół co prawda koncertował po okolicznych pubach, ale nie zdobywał większej popularności. Do 1996 roku próby i koncerty odbywały się regularnie, Matthew spędził dwa lata na studiach medioznawczych, które otworzyły mu oczy na procesy i uprzedzenia rządzące mediami, które jeszcze bardziej utwierdziło go, że gazetom nie należy ufać i zawsze trzeba kwestionować "prawdy" jakie się nam narzuca. W sieci można się natknąć na zapisy audio ich koncertów (tu podrzucam jeden z 1997r. - wykonanie piosenki 'Host'; w komentarzach ktoś żartuje, że Matt naprawdę bardzo musiał nienawidzić Teignmouth). Powstawały wówczas zalążki utworów, które później trafiły na pierwszy album, jak 'Cave' i 'Overdue', będące efektem ćwiczeń Matta, jego prób wokalnych, stanowiły powrót do surowego rocka oraz muzyki klasycznej i były buntem w odpowiedzi na frywolny brytyjski pop; 'Muscle Museum', który jeszcze wspomnimy jako utwór, który stał się hitem, był efektem wycieczki Matta po Europie i jego inspiracji miejscowymi rytmami (germańskimi i greckimi). W każdym razie trzeba było dzielić raczkującą "karierę" z pracą zarobkową, do której zaliczały się najróżniejsze zajęcia chłopaków - obsługa w sklepie gitarowym, sprzątanie przyczep i toalet na polu campingowym (co było specjalnością Matta), udzielanie korepetycji, praca na budowie i masa innych, rozmaitych zajęć dorywczych. Dodatkowo Matt wdał się również w drobne kradzieże samochodów, kradnąc te rozbite i sprzedając je z niewielkim zyskiem, po pewnym nieprzyjemnym przeżyciu jednak uznał, że pora przestać. I dobrze, takiej gwieździe jak on można by chyba wybaczyć dosłownie wszystko ;)
Od tamtego czasu ich postępom uważnie przyglądał się producent Dennis Smith, założyciel studia nagraniowego Sawmills. Zaproponował im wydanie demo, tak więc już wkrótce - 11 maja 1998 roku pojawiła się pierwsza płyta Muse, 'The Muse EP'. Wspólnymi siłami zespołu i byłego łowcy talentów - Safty Jaffery-ego udało się wydać cztery utwory. Płyta została... zupełnie niezauważona przez prasę, bo wydana jedynie w 999 egzemplarzach, numerowanych ręcznie.
Na okładce widnieje kolaż złożony z trzech zdjęć
przedstawiających twarz Dominicka.

W jej skład wchodziły: 'Overdue', 'Escape', 'Cave' i 'Coma'.
'Overdue' to prymitywna - jak na talent i geniusz Matta, które mają się jeszcze objawić - opowieść o rozpadzie związku nastolatków przez zdradę.*
'Escape' brzmi jak wywody schizofrenika niepanującego nad swoją jaźnią; jest w niej zawarte również odniesienie do rozwodu rodziców Matta.*
'Cave' to natomiast rezultat lektury popularnej książki o wojnie płci - "Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus" sugerującej teorię, że mężczyźni w chwilach stresu szukają schronienia w metaforycznych jaskiniach.
EP-ka na początku sprzedawała się powoli, ale biorąc pod uwagę fakt, że rock, a tym bardziej rock alternatywny w Anglii, gdzie z roku na rok coraz bardziej opłacalny stawał się biznes muzyczny ukierunkowany na pop, a nawet pierwszy album (do którego wydania Muse zbliżało się ogromnymi krokami) zostanie przyjęty sceptycznie i ostrożnie, to nie ma się czemu dziwić. Nawet na konferencji In The City (coroczna impreza na której kolosy muzyki rockowej spotykają się jak masoneria na przeglądzie najbardziej obiecujących młodych zespołów, aby wytyczyć nowy kierunek dla muzyki) mimo zagrania dobrego koncertu przemysł muzyczny nadal nie był zdecydowany na ofiarowanie zespołowi szansy na zaistnienie. Byli co prawda wytypowani jako jeden z trzech najlepszych zespołów konferencji, ale uznali, że nie zamierzają podejść do decydującego koncertu konkursowego, ponieważ realia bawiących się ludzi ze środowiska muzycznego w najbardziej wyuzdany sposób w towarzystwie narkotyków sprawiły, że woleli nie brać udziału w tego typu imprezie, a ponieważ jeden reprezentant wydawał się bardziej zainteresowany przedstawieniem zespołu swoim amerykańskim mocodawcom, chłopaki odczuli, że nie wyszli z konferencji zupełnie z pustymi rękami.
Nadal w poszukiwaniu wytwórni Muse zwróciło się wówczas w stronę odległego Nowego Świata, gdzie zarezerwowano im już miejsce na znacznie większym od In The City, ale będącym jego amerykańskim odpowiednikiem - CMJ. Po tym koncercie wreszcie światło w tunelu oślepiło członków zespołu nadchodzącą chwałą. Columbia Records czuła się zainteresowana, John Leckie czuł, że chciałby Muse towarzyszyć przy pierwszym albumie. Wszystko załatwione. Zaproszono ich do LA aby ponownie pokazali na co ich stać. Zaproszenie zrealizowano w okolicach Święta Dziękczynienia w 1998 roku, koncert okazał się sukcesem, jednak wytwórnia nadal nie była zdecydowana. W dniu gdy trio miało już wracać do domu pojawił się reprezentant Maverick Records, innej wytwórni, prowadzonej wspólnie przez Madonnę z Guy-em Osearym, która na swoim koncie miała kontrakty z m.in. Prodigy czy The Deftones (nota bene to właśnie Deftones oraz Jeff Buckley wpłynęli na wokal Matta). Mieli oczywiście jeszcze raz wystąpić przed kilkoma szychami z wytwórni. Mimo że członkowie zespołu byli skacowani i niewyspani (HEJ, to przecież LA! :D) już po zagraniu 'Cave' oraz 'Muscle Museum' Oseary przerwał im i zaoferował kontrakt.
Tuż po tym Muse planowało trasy koncertowe - które niestety były jedynym sposobem na to, aby powoli nabierać popularności, gdyż ich muzyka nie miała dość siły przebicia aby niosła się na falach radiowych (szczególnie w okresie niesympatycznym dla muzyki rockowej w Anglii), zatem do dzieła!
Dzięki temu doświadczeniu oswajali się ze sceną i publiką oraz - a może przede wszystkim - tworzyli. Tym razem przed wydaniem pełnego albumu trzeba było jeszcze raz wydać płytę o mniejszych gabarytach, która zawierała pięć utworów, z których najważniejszym był 'Muscle Museum'. Utwór ten jest na tyle ciekawy, że jego tytuł pochodzi od dwóch słów - poprzedzającego i następującego po "muse" w słowniku. Zawiera nowatorskie solo gitarowe z którym wiąże się ciekawa historia jak podczas nagrania Matt zapomniał jednego akordu, ale pamiętał jego brzmienie, więc zostało nie zagrane, lecz odśpiewane przez Matta do wzmacniacza, dzięki czemu brzmi ono prawie jak gitara, ale bardziej upiornie, maniacko i ludzko (technika ta była wykorzystywana później i do dziś Matthew musi używać mocno przesterowanego mikrofonu  na scenie, aby odtworzyć w całości utwór). Piosenka opowiada o monumentalnej walce świadomości z najgłębszymi ludzkimi żądzami. To była przepustka Muse, choć może nie do sławy, ale wystarczyła, aby ludzie spojrzeli przychylniej lub w ogóle ich zauważyli, ponieważ płyta 'Muscle Museum EP' znów została wydana jedynie w 999 egzemplarzach i miała prawdopodobnie zginąć w milczeniu, niezauważona, tak jak jej poprzedniczka. Dzięki temu jednak Muse udało się zwrócić uwagę Steve-a Lamacq. Kim jest Steve?
Steve Lamacq jakimś cudem (Matt zakradł się do radia i podał 'Muscle Museum EP" recepcjoniście z prośbą o przekazanie jej Steve-owi) natknął się na najnowsze dzieło Muse i coś w nim dostrzegł, a jako że był prowadzącym The Evening Session w radiu BBC - największej brytyjskiej alternatywnej rozgłośni radiowej - zaproponował Muse główną pozycję podczas nadchodzącego tournee po Wlk. Brytanii Radia "1 Evening Session". Obok nich koncertować mieli również 3 Colours Red o ostrym punkowym brzmieniu oraz glamrockowy amerykański girlsband The Donnas. Z takiej propozycji nie można było nie skorzystać, mimo że była bardzo wymagająca i koncerty miały się odbywać praktycznie dzień po dniu.
Po jej zakończeniu w maju 1999 roku okazało się, że śpiewanie wysokim falsetem sprawiło, że aparat głosowy Matta kurczył się z wysiłku. Badający go lekarze nie mogli wyjść ze zdumienia, gdyż nigdy wcześniej nie widzieli u mężczyzny strun głosowych wyglądających zupełnie jak kobiece.*
Podczas przerwy między koncertami Muse ponownie zaproszono do LA na prośbę Maverick Records. Od razu po wyjściu z samolotu, gdy ich samochód zajechał na hotelowy parking w ich stronę rzucił się tłum fotografów, nie wiedząc z kim mają do czynienia, ale zakładając, że skoro przybyli do Hollywood trasowym autobusem to muszą być znani. Członkowie zespołu rozbawieni i zdziwieni sprytnie postanowili trzymać się tej konwencji i ruszyli w tango po różnych hollywoodzkich imprezach. Wówczas odbywała się ceremonia rozdania Oskarów, a występ dla wytwórni miał odbyć się następnego dnia. Nic więc dziwnego, że nie udał się specjalnie po nieprzespanej nocy.

I wreszcie nadeszła chwila nagrania pierwszego albumu. Pracował nad nią nie tylko cały zespół lecz do tego także John Leckie, z którym wiąże się kolejna ciekawa historia - otóż Matt zażyczył sobie, aby przy nagrywaniu 'Sunburn' jego głos imitował chropowate brzmienie pianina z nagrania DJ Shadowa, wówczas John (znany z tego, że posiadał sporą kolekcję mikrofonów kondensacyjnych skonstruowanych przez nazistów z polecenia Hitlera) zasugerował użycie starego niemieckiego mikrofonu używanego w czołgach, zapinanego na szyi i odbierającego wibracje krtani. Jak dla mnie wykonali świetną robotę, bo 'Sunburn' należy do moich ulubionych piosenek z tego albumu.
Został on ukończony po 3 tygodniach nagrań i nadano mu tytuł 'Showbiz'.

Album skonstruowano z trzynastu utworów. Rozpoczyna się zatem klimatycznym 'Sunburn' opowiadającym o winie i wstydzie, przechodzi w 'Muscle Museum', później nadchodzi nieco słabszy utwór 'Fillip' (fillip to nic innego jak bodziec - pobudzający lub stymulujący), który przygotowuje grunt pod piękną rockowo-bluesową balladę 'Falling Down' (zainspirowana kolekcją Roberta Johnsona), przechodzi w równie niepokojące co porywające 'Cave' (w albumie zakończone jest przerażającym wrzaskiem Bellamy-ego i to nagranie najwyższej nuty wyśpiewanej kiedykolwiek przez Matta - G#, dodatkowo cały utwór obejmuje największy zakres trzech i pół oktawy*). Następnie mamy utwór 'Showbiz' przechodzący w kolejną fantastyczną, wyciskającą łzy balladę 'Unintended' (moją ulubioną nota bene ♥) napisaną ponoć tuż po rozmowie telefonicznej Matta z dziewczyną jako niespodziewana piosenka miłosna, za którą podąża doskonałe, zaczynające się złowrogim, ponurym latynoskim tango a wybuchające żywiołowym refrenem 'Uno'. Kolejne jest funkowo szalone 'Sober', 'Spiral Static', znane nam już wcześniej 'Escape' oraz 'Overdue', po czym album wieńczy kolejna ballada, porównywana w swoim mocnym tekście do najbardziej wyszukanych kawałków Pink Floyd o tytule 'Hate This & I'll Love You'.

Ogólnie 'Showbiz' dawał się poznać jako zarówno ambitny, wyważony ale i lekko zachwiany i nie do końca perfekcyjny. Jednakże mógł być dopiero szczytem góry lodowej i Muse wówczas nie udało się wykorzystać całego swego potencjału, aczkolwiek zainteresowanie prasy zespołem wzrastało wykładniczo. Odbiór już nieco inaczej. Ale to historia na kiedy indziej ;)

_________________________
* Wszelkie przypisy pochodzą z książki "Nie z tego świata: historia Muse", Mark Beaumont, Wydawnictwo Kagra, 2014.

Nie wiem, co mnie wzięło na napisanie czegoś takiego, ale jestem szczęśliwa. Czytając tę książkę ciągle notuję sobie pewne rzeczy i prawdę mówiąc, kiedy byłam fanką Muse przed przeczytaniem tej książki cieszyłabym się, gdyby istniał choć jeden taki post jak ten. Prawdę mówiąc nie wiem jak będzie z odbiorem takiego artykułu, ale w sumie mam nadzieję że komuś przypadnie do gustu :)
Zrobię sobie przynajmniej jeszcze jednego posta, bo podoba mi się forma tego, poza tym jak sobie przepiszę wszystkie te porobione notatki na bloga to przynajmniej wiem, że nic mi się nie zgubi i nigdzie nie ucieknie.
W następnym poście więcej o samych koncertach i o tym, co Muse na scenie potrafi :D

Pozdrawiam!

niedziela, 31 grudnia 2017

Podsumowanie książkowego wyzwania 2017

Hej! Halo, jest tu kto? :D mam szczerą nadzieję że tak.

Nie jestem dumna. Naprawdę.

Cel: 50 książek
Osiągnięty: nie
Ile zabrakło: 20

To i tak nie tak źle, jak myślałam. Naprawdę wydawało mi się, że skończy się na połowie. Najlepszym momentem był chyba okres od końca sierpnia do początku października - pamiętam jak szybko pochłonęłam "Podpalaczkę". Zaczęłam przepięknie "Lolitą", nawet podsunięto mi pod nos wiele książek, które finalnie bardzo mi się spodobały.
Największy problem miałam z:
  • odszukaniem autora o tych samych inicjałach co ja; dostałam zaledwie dwóch takich autorów - Konrad Lorenz oraz Konrad T. Lewandowski, niestety nie zdążyłam zapoznać się z twórczością ani jednego, ani drugiego; trochę mi tego szkoda, ale niespecjalnie oba nazwiska były dla mnie zachęcające
  • książką która zdobyła nagrodę Pullitzera, bo było za dużo opcji i nie miałam specjalnej motywacji, aby zacząć którejkolwiek szukać
  • książką wydaną w roku mojego urodzenia - bo trafiłam na jakiś spis, gdzie jakoś żadna pozycja nic mi nie mówiła i przez to miałam opory, żeby którąkolwiek wybrać (https://pl.wikipedia.org/wiki/1997_w_literaturze)
  • książką, w której imię bohatera zaczynałoby się na tę samą literę, co moje; musiałabym chyba znaleźć jakąś polską, bo niewiele imion zagranicznych - a na pewno angielskich zaczyna się na literę K, co dodatkowo nieco jednak utrudniało poszukiwania
  • wybraniem trylogii do przeczytania, więc finalnie nawet nie miałam żadnych poważnych celów, co do tej kategorii.

Za najlepsze książki przeczytane w wyzwaniu mogę szczerze uznać:
Lśnienie - książkę, która napędziła mi niezłego stracha, i dzięki której odkryłam, że siedzenie samemu z horrorem w dłoni jest tak samo przerażające jak oglądanie horroru z tysiącem ludzi, a może nawet bardziej, bo wtedy jestem sama. 
Świt który nie nadejdzie - jedyna książka Remigiusz Mroza, i jego fantastyczny debiut w moim sercu; powieść z czasami międzywojnia w tle i z genialnym bohaterem w głównej roli. 
Oskar i pani Róża.
Nana - nawet niezła, czasem mnie zaskakiwała, ostatecznie trochę czułam się rozdarta przez to, że myślałam że zawartych w niej będzie więcej naturalistycznych opisów niż tylko fragmentarycznych. 
Płomień i krzyż - książka pożyczona, zapamiętana bardzo na plus z historią alternatywną średniowiecznej Europy, w której rządzą inkwizytorzy.
Opowieść podręcznej.
Otello.
Kosogłos - myślę, że był dobrym zwieńczeniem serii. Bardzo nie lubię tych dwóch zwalczających się obozów #teamPeeta i #teamGale, bo nie potrafię się zdecydować, który z nich byłby lepszy. Obaj mają cechy, które cenię w (także swoim) partnerze, czyli ich opiekuńczość, inteligencję, poczucie humoru (szczególnie to ciemne), pragnienie zwycięstwa bez względu na środki i straty (charakterystyczna dla Gale-a)
Nie opuszczaj mnie.
Lolita - fantastyczna!
Podpalaczka.

Co najdziwniejsze jednak udało mi się przeczytać kilka książek spoza listy, bo żadna nie pasowała do żadnej kategorii.

- O szkole poza kulturową oczywistością. Wprowadzenie do rozmowy by Robert Kwaśnica
- Historia bez cenzury 2: Polskie koksy by Wojciech Drewniak
- Ja, inkwizytor. Wieże do nieba by Jacek Piekara
- Thorgal Młodzieńcze lata - Berserkowie
- Thorgal Młodzieńcze lata - Runa
- Thorgal Młodzieńcze lata - Oko Odyna
- Al Kaida. Bractwo terroru by Paul L. Williams

Oczywiście podejmuję wyzwanie w kolejnym roku, jednak postanowiłam znaleźć jakieś nowe, aby kategorie w miarę możliwości nie mogły się powtarzać ;)
Niedługo ukażą się nowe kategorie i wrzucę je w kolejną zakładkę!

Wszystkiego najlepszego i pomyślności w spełnianiu marzeń i noworocznych postanowień, kochani! :) życzę wam przefantastycznej zabawy, wybuchów... emocji, oraz najlepszych książek, bo wszyscy na to zasługujemy (no dobra, odpuszczę tym wszystkim Polakom, co w minionym roku nie przeczytali ani jednej książki - plotka głosi, że to też ludzie :D)!

Pozdrawiam z buziakami!

wtorek, 22 sierpnia 2017

Dedykacja - piękny gest czy przestarzały, niepraktyczny rytuał?

Dedykuję... Tylko jak to ubrać w słowa?

Hej, witajcie z powrotem! Mam dla was dzisiaj rozpoczęcie nowej serii u mnie. Co jakiś czas, gdy załapię refleksję na jakiś stricte książkowy temat (a akurat mam ich całkiem sporo) postanowiłam pisać luźnego posta w związku z moimi przemyśleniami i doświadczeniami.

Dzisiaj długo trzymany i roztrząsany temat dedykacji książkowych i nie tylko. I chodzi mi tu o dedykacje jakie dostajemy gdy to ktoś ofiaruje nam książkę. Na pewno w podstawówce uczono was w jaki sposób taką dedykację napisać choć pewnie niewielu z was miało możliwość wykorzystać tę umiejętność praktycznie, lub po prostu nie przyszło wam to do głowy.
Pamiętam, jak kiedyś poznałam fajnego chłopaka - czytelnicy którzy są ze mną dłużej powinni go kojarzyć, bo poznałam go w autobusie ;) Spotkałam się wtedy z nim w okolicy świąt i wprost powiedział mi o tym że dziś zobaczy się ze swoją przyjaciółką i ma zamiar podarować jej jako prezent książkę. Lecz zanim to zrobi, napisze jej dedykację od serca. Gdy spytałam czy często to robi, powiedział że u niego w rodzinie książka to najczęstszy prezent, i że dedykacje piszą sobie już w ramach pewnej rywalizacji. To było niesamowite.

Uważam, że to fantastyczne, bo dedykacją nadajemy książce - w roli prezentu - jakiegoś indywidualnego charakteru. Możemy przez to dać komuś do zrozumienia, że ta osoba się dla nas bardzo liczy i tym sposobem umiejętnie zwrócić uwagę na jej najlepsze cechy.

Z drugiej strony dedykacje są bardzo ryzykowne. Gdyby okazało się, że obdarowanemu książka się nie spodoba, i będzie chciał ją oddać albo nawet sprzedać, to może się to okazać bardzo trudnym zadaniem. U mnie w rodzinie byłby to naprawdę spory problem, my nigdy nie dostajemy książek w prezencie - nie mamy takiego nawyku, nasi rodzice nie wiedzą jakie dzieła literackie preferujemy (my-ja i moja siostra), dlatego najczęściej jest to ich wymówka. Po prostu nie angażują się w nasze hobby i zwykle wprost pytają czego sobie życzymy. Gdyby nie znając naszego gustu próbowali nam coś kupić i dodać dedykację, to bez potrzebnej wiedzy prezent okazałby się zwyczajnie nietrafiony...

Nie wiem jak wy, ale ja bardzo chciałabym dostać, lub dać komuś książkę z dedykacją. Wydaje mi się to bardzo fajne i chętnie bym z takiej możliwości skorzystała.

Pewnego razu, gdy myszkowałam w starych pamiątkach i albumach znalazłam kilka dedykacji wpisanych na odwrocie fotografii. To również wydaje się całkiem ciekawym rytuałem i też należy już do przeszłości, szczególnie zaś do dziejów naszych dziadków, kiedy fotografia nie była jeszcze aż tak powszechna i naprawdę miała chwytać twarze, które nawet pod wpływem czasu się nie starzały, a dedykacja z tyłu miała przypominać o tej osobie obdarowanemu.



I to by było na tyle. Koniecznie napiszcie mi czy piszecie lub kiedykolwiek napisaliście dedykacje, bo mam wrażenie że naprawdę sztuka ta przechodzi już do lamusa a chciałabym coś zrobić żeby tak się nie stało. Czy uważacie to za dobry pomysł na jakąś szczególną personalizację prezentu, czy tak jak w tytule - niepotrzebną i kłopotliwą.

A na razie się z wami żegnam. Kończą się wakacje, więc chyba pora spytać czy czujecie już nadciągające dźwięki dzwonka i sunące wraz z zimą święta? :P
Pozdrawiam i do następnego!

piątek, 21 lipca 2017

"Korona w mroku" Sarah J. Maas| Nie tylko tytuł to ciemna strona tej książki?

Moje zmagania z tą książką nareszcie zakończyły się w tym tygodniu i postanowiłam szybko napisać o niej kilka słów (mając szczerą nadzieję, że kogoś one interesują ;)).
Nigdy nie zamieściłam tu recenzji pierwszej części, czyli "Szklanego tronu", ale przeczytałam go jeszcze zanim założyłam bloga - dlatego też zdobędę się tylko na streszczony opis: książka ta sama w sobie nie była zła. Tematyka w końcu mi odpowiadała. Problemem okazał się trójkąt miłosny, na który nie mogłam patrzeć. Fabuła była bardzo intrygująca, bohaterowie wydali mi się trochę papierowi i szczerze mówiąc dosyć brakowało mi rozlewu krwi, jaki profesja Celaeny niejako mi obiecywała.
Wybaczcie tak ogólne zamknięcie sprawy w kilku zdaniach. Być może kiedyś powrócę do tamtej książki i wtedy zdecyduję się na jakieś szersze objęcie jej tematyki, ale na razie nie mam tego w planach :(

NIE ISTNIAŁO CAŁKOWITE DOBRO ANI TEŻ CAŁKOWITE ZŁO.

Ale przejdźmy do meritum, bo mówimy już o drugiej części serii spod znaku Zabójczyni z Adarlanu!
Wydawca w opisie na odwrocie książki gwarantuje nam kolejne, tym razem już znacznie lepsze potyczki głównej bohaterki ze zleconymi jej celami. Obiecuje tajemnicę Archera Finna - dawnego znajomego Celaeny z jej życia sprzed wysłania do Endovier i rzuca bohaterce kłody pod nogi, które zdają się być coraz bardziej niepokojące i tajemnicze.
Jak ma się to do rzeczywistości?


Żeby nie być gołosłownym, powiem, że nie rozczarował mnie ten aspekt. Fabuła cały czas prze do przodu i jest doskonale wyważona. Koniec pustych obietnic, naprawdę dużo się dzieje, narzekanie na nudę jest w tej książce niemożliwe. A jednocześnie wszystko jest na tyle ciekawe i chwytliwe, że ciężko się od tego oderwać, co może mnie osobiście tylko wprawić w dobry nastrój. ;)

TE SAME GĘBY, A PERSPEKTYWA INNA
Chyba nikogo nie zaskoczę, jeśli napiszę szczerze, że gołym okiem można już w drugim tomie obserwować bardzo płynną i naturalną przemianę trójki głównych bohaterów, pomiatanych przez coraz to nowe wyzwania. Ten aspekt właściwie również bardzo mi się podobał.
Przyznam szczerze, że po lekturze tej części Celaena Sardothien jawi mi się - tak jak przypuszczałam od samego początku - jako po prostu trochę przyjemniejsza Mary Sue, wokół której obraca się każdy element książki i która już właściwie przejęła wszystkie możliwe interesujące role, jakie można było wymyślić w miarę rozwoju fabuły. Można złapać Sarah J. Maas że sama nie potrafi się zdecydować, jak zamierza przedstawiać tę postać, zdaje się że wraz z zachowaniem Celaeny również autorka waha się, jak to rozegrać. Mimo że ten wątek jest raczej świadomie poprowadzony (prowadzi przecież do końcowej metamorfozy bohaterki), to okropnie mnie on irytował. Z pewnością rozwija się wówczas także kwestia, na którą wiele czytelniczek czekało i śledziło od pierwszej części z zapartym tchem - zbliżenie Chaola i Królewskiej Obrończyni oraz stopniowe przeradzanie się tego uczucia w coś, czego pewnie się nawet nie spodziewacie! ;) Chaola polubiłam tylko nieco bardziej dzięki tej części, chyba wyłącznie w trakcie jego spotkania z ojcem, które samo w sobie było bardzo interesującą sceną. Ten bohater zyskał u mnie plusa, ale to nadal Dorian jest moim ulubieńcem. Z kolei książę, który prócz cierpienia spowodowanego odrzuceniem go przez ukochaną i psującymi się relacjami z najlepszym przyjacielem mierzy się także z wieloma równie istotnymi, lub nawet ważniejszymi sprawami.

Nie mogę też nie wspomnieć o rozczarowaniu, jakim napełniło mnie bliższe poznanie postaci króla. Zawiodła mnie jego kreacja; spodziewałam się, że Sarah J. Maas nieco bardziej się wysili i spróbuje przedstawić mi człowieka bardziej ludzkiego niż dolepiać mu gębę potwora bez uczuć i... tak naprawdę bez ani jednej wyróżniającej się cechy. Król jest zły, ale jest w tej swojej niegodziwości po prostu nijaki. Po tak rozbudowanym świecie przedstawionym, takiej dbałości o myśli każdego z istotniejszych bohaterów spodziewałam się czegoś więcej niż bolesnego schematu, powierzchownej kreacji bez szczypty finezji. A przecież wiem, że autorka potrafi stworzyć ciekawego antagonistę! Wystarczy przyjrzeć się chociażby Archerowi Finnowi, czy kuzynowi Doriana! Pełnowymiarowe, niejednoznaczne postaci, które wprowadzają niewielki, ale znaczący postęp w historii. Co innego król, o którym co jakiś czas dowiadujemy się czegoś nowego, jednak w żaden sposób nie jest to nawet odkrywcze, czy zaskakujące dla czytelnika (a przynajmniej dla mnie nie było).

A skoro już wspomniałam o suspensie, który miała mi zapewnić historia, to również doznałam delikatnego zawodu. Żeby nie rzucać chamskim spojlerem, naprowadzę was tylko, że chodzi o moje osobiste odczucie co do Sekretu, którego odkrywaniem zajął się Chaol, a który ja przejrzałam już w połowie książki, spodziewając się, że autorka podaruje swojej bohaterce jeszcze jedną istotną rolę.

BIDIBI BADIBI BU?
Pozostaje jednak jeszcze sprawa magii, o której, co prawda, opis z tyłu milczy, ale która zdecydowanie wychodzi z cienia i zaczyna coraz częściej się objawiać jako jeden z najważniejszych elementów świata przedstawionego.
I może to dobrze, a może jednak wolałam, żeby autorka zachowała tę sprawę dla siebie...


Przede wszystkim istnienie magii i jej prawa nadal są tajemnicą tej serii, ponieważ dostajemy zaledwie strzępki informacji (trudno się temu jednak dziwić, kiedy wiemy, że czary są zakazane w Adarlanie i nawet śpiewanie o niej jest uznawane za zdradę), które powiedziałyby nam cokolwiek więcej poza jakimiś utartymi schematami. Choć muszę to jednak przyznać, że nadal jeszcze nie mogę wydać jasnej opinii, czy magia to tylko zapychacz w książce i coś rodzaju deus ex machina, czy jednak będzie miała jakąś większą rolę. Na razie przede wszystkim zwrócić można uwagę, jak autorka używa magii, aby robić z głównej bohaterki jeszcze większy i wspanialszy wyjątkowy płatek śniegu, no i utrzymania innego bohatera w grze, podczas gdy stracił wszystkie karty i tak naprawdę jego wątek - otwarty w poprzedniej części - na łamach "Korony w mroku" już się zamyka.
Ponieważ swoimi stwierdzeniami Sarah J. Maas sprawiła, że troszeczkę umarłam w środku.

O czym mowa? O fragmencie na temat rzekomej odporności żelaza na magię - a przy tym dużo ważniejsze jest to, jak wpływa jej ilość we krwi na możliwości ludzi do jej używania. Jest to, coby nie mówić, dosyć świeża i nietuzinkowa idea, wprowadzona do świata fantasy, w którym magia znikła, choć zaczyna znów grać pierwsze skrzypce. I gdyby jeszcze autorka postanowiła to jakoś rozwinąć, w jakiś sposób uargumentować, to byłoby ok. Sęk w tym, że to zdanie - w mojej opinii - jest zupełnie zbędne i tylko mnie rozjusza.
Bowiem gdyby było tak, jak Sarah J. Maas każe nam myśleć, okazałoby się, że osoby mające anemię uchodziłyby za najlepszych czarodziejów bądź czarownice. Natomiast znając "Koronę w mroku" i wiedząc, że jedna z postaci posługuje się magią, a do tego jest postacią, które pewnie jako jedna z wielu osób odżywia się najlepiej w królestwie, anemii mieć nie może.
Po co więc autorka wsunęła w fabułę tę tezę, skoro w żaden sposób nie współgra ona z treścią? Czy autorka w kolejnych odsłonach o tym zdaniu będzie jeszcze pamiętać?

PODSUMOWUJĄC
Szczerze uważam, że jest to druga część, która niezupełnie mnie zadowoliła po tak dobrze zapowiadającym się "Szklanym tronie". Być może spowodowane jest to faktem, że za wiele nadziei w niej pokładałam i się przeliczyłam. A może już po prostu nie jestem targetem książki o tak jasno i prosto tworzonych postaciach, fabule i intrydze dla niewymagającej osoby, która chce po prostu przy książce miło spędzić czas, wyłączyć się, a nie czerpać coś więcej prócz satysfakcji...
Świat jest tu nakreślony dość barwnie, ale i w klarowny sposób, autorka nie pozostawia niedociągnięć w opisie, ale też niespecjalnie go rozbudowuje, co mnie po dłuższym czasie trochę zniechęcało.
Myślę, że młodszy nastolatek po takiej lekturze byłby zadowolony i z chęcią sięgnąłby po kontynuację. Ja nie wiem jeszcze czy to zrobię. Być może jakaś pochlebna recenzja mnie do tego zachęci, ale na razie wolałabym skupić się jednak na czymś, co przeczytam maksymalnie się angażując w historię :)

Nadal próbuję doskonalić sztukę pisania recek i właściwie sprawie mi to całkiem sporo satysfakcji. Dajcie znać, czy czytaliście już drugą część "Szklanego tronu" i czy wam się podobał?
Mam też nadzieję, że nie tracicie maksimum swojego czasu czytając w domu i wychodzicie na dwór, gdy pogoda jest taka piękna i aż kusi, by skorzystać z tych cieplutkich promyczków! ;)

Pozdrawiam!
Szablon wykonała Sasame Ka dla Zaczarowane Szablony