piątek, 21 lipca 2017

"Korona w mroku" Sarah J. Maas| Nie tylko tytuł to ciemna strona tej książki?

Moje zmagania z tą książką nareszcie zakończyły się w tym tygodniu i postanowiłam szybko napisać o niej kilka słów (mając szczerą nadzieję, że kogoś one interesują ;)).
Nigdy nie zamieściłam tu recenzji pierwszej części, czyli "Szklanego tronu", ale przeczytałam go jeszcze zanim założyłam bloga - dlatego też zdobędę się tylko na streszczony opis: książka ta sama w sobie nie była zła. Tematyka w końcu mi odpowiadała. Problemem okazał się trójkąt miłosny, na który nie mogłam patrzeć. Fabuła była bardzo intrygująca, bohaterowie wydali mi się trochę papierowi i szczerze mówiąc dosyć brakowało mi rozlewu krwi, jaki profesja Celaeny niejako mi obiecywała.
Wybaczcie tak ogólne zamknięcie sprawy w kilku zdaniach. Być może kiedyś powrócę do tamtej książki i wtedy zdecyduję się na jakieś szersze objęcie jej tematyki, ale na razie nie mam tego w planach :(

NIE ISTNIAŁO CAŁKOWITE DOBRO ANI TEŻ CAŁKOWITE ZŁO.

Ale przejdźmy do meritum, bo mówimy już o drugiej części serii spod znaku Zabójczyni z Adarlanu!
Wydawca w opisie na odwrocie książki gwarantuje nam kolejne, tym razem już znacznie lepsze potyczki głównej bohaterki ze zleconymi jej celami. Obiecuje tajemnicę Archera Finna - dawnego znajomego Celaeny z jej życia sprzed wysłania do Endovier i rzuca bohaterce kłody pod nogi, które zdają się być coraz bardziej niepokojące i tajemnicze.
Jak ma się to do rzeczywistości?


Żeby nie być gołosłownym, powiem, że nie rozczarował mnie ten aspekt. Fabuła cały czas prze do przodu i jest doskonale wyważona. Koniec pustych obietnic, naprawdę dużo się dzieje, narzekanie na nudę jest w tej książce niemożliwe. A jednocześnie wszystko jest na tyle ciekawe i chwytliwe, że ciężko się od tego oderwać, co może mnie osobiście tylko wprawić w dobry nastrój. ;)

TE SAME GĘBY, A PERSPEKTYWA INNA
Chyba nikogo nie zaskoczę, jeśli napiszę szczerze, że gołym okiem można już w drugim tomie obserwować bardzo płynną i naturalną przemianę trójki głównych bohaterów, pomiatanych przez coraz to nowe wyzwania. Ten aspekt właściwie również bardzo mi się podobał.
Przyznam szczerze, że po lekturze tej części Celaena Sardothien jawi mi się - tak jak przypuszczałam od samego początku - jako po prostu trochę przyjemniejsza Mary Sue, wokół której obraca się każdy element książki i która już właściwie przejęła wszystkie możliwe interesujące role, jakie można było wymyślić w miarę rozwoju fabuły. Można złapać Sarah J. Maas że sama nie potrafi się zdecydować, jak zamierza przedstawiać tę postać, zdaje się że wraz z zachowaniem Celaeny również autorka waha się, jak to rozegrać. Mimo że ten wątek jest raczej świadomie poprowadzony (prowadzi przecież do końcowej metamorfozy bohaterki), to okropnie mnie on irytował. Z pewnością rozwija się wówczas także kwestia, na którą wiele czytelniczek czekało i śledziło od pierwszej części z zapartym tchem - zbliżenie Chaola i Królewskiej Obrończyni oraz stopniowe przeradzanie się tego uczucia w coś, czego pewnie się nawet nie spodziewacie! ;) Chaola polubiłam tylko nieco bardziej dzięki tej części, chyba wyłącznie w trakcie jego spotkania z ojcem, które samo w sobie było bardzo interesującą sceną. Ten bohater zyskał u mnie plusa, ale to nadal Dorian jest moim ulubieńcem. Z kolei książę, który prócz cierpienia spowodowanego odrzuceniem go przez ukochaną i psującymi się relacjami z najlepszym przyjacielem mierzy się także z wieloma równie istotnymi, lub nawet ważniejszymi sprawami.

Nie mogę też nie wspomnieć o rozczarowaniu, jakim napełniło mnie bliższe poznanie postaci króla. Zawiodła mnie jego kreacja; spodziewałam się, że Sarah J. Maas nieco bardziej się wysili i spróbuje przedstawić mi człowieka bardziej ludzkiego niż dolepiać mu gębę potwora bez uczuć i... tak naprawdę bez ani jednej wyróżniającej się cechy. Król jest zły, ale jest w tej swojej niegodziwości po prostu nijaki. Po tak rozbudowanym świecie przedstawionym, takiej dbałości o myśli każdego z istotniejszych bohaterów spodziewałam się czegoś więcej niż bolesnego schematu, powierzchownej kreacji bez szczypty finezji. A przecież wiem, że autorka potrafi stworzyć ciekawego antagonistę! Wystarczy przyjrzeć się chociażby Archerowi Finnowi, czy kuzynowi Doriana! Pełnowymiarowe, niejednoznaczne postaci, które wprowadzają niewielki, ale znaczący postęp w historii. Co innego król, o którym co jakiś czas dowiadujemy się czegoś nowego, jednak w żaden sposób nie jest to nawet odkrywcze, czy zaskakujące dla czytelnika (a przynajmniej dla mnie nie było).

A skoro już wspomniałam o suspensie, który miała mi zapewnić historia, to również doznałam delikatnego zawodu. Żeby nie rzucać chamskim spojlerem, naprowadzę was tylko, że chodzi o moje osobiste odczucie co do Sekretu, którego odkrywaniem zajął się Chaol, a który ja przejrzałam już w połowie książki, spodziewając się, że autorka podaruje swojej bohaterce jeszcze jedną istotną rolę.

BIDIBI BADIBI BU?
Pozostaje jednak jeszcze sprawa magii, o której, co prawda, opis z tyłu milczy, ale która zdecydowanie wychodzi z cienia i zaczyna coraz częściej się objawiać jako jeden z najważniejszych elementów świata przedstawionego.
I może to dobrze, a może jednak wolałam, żeby autorka zachowała tę sprawę dla siebie...


Przede wszystkim istnienie magii i jej prawa nadal są tajemnicą tej serii, ponieważ dostajemy zaledwie strzępki informacji (trudno się temu jednak dziwić, kiedy wiemy, że czary są zakazane w Adarlanie i nawet śpiewanie o niej jest uznawane za zdradę), które powiedziałyby nam cokolwiek więcej poza jakimiś utartymi schematami. Choć muszę to jednak przyznać, że nadal jeszcze nie mogę wydać jasnej opinii, czy magia to tylko zapychacz w książce i coś rodzaju deus ex machina, czy jednak będzie miała jakąś większą rolę. Na razie przede wszystkim zwrócić można uwagę, jak autorka używa magii, aby robić z głównej bohaterki jeszcze większy i wspanialszy wyjątkowy płatek śniegu, no i utrzymania innego bohatera w grze, podczas gdy stracił wszystkie karty i tak naprawdę jego wątek - otwarty w poprzedniej części - na łamach "Korony w mroku" już się zamyka.
Ponieważ swoimi stwierdzeniami Sarah J. Maas sprawiła, że troszeczkę umarłam w środku.

O czym mowa? O fragmencie na temat rzekomej odporności żelaza na magię - a przy tym dużo ważniejsze jest to, jak wpływa jej ilość we krwi na możliwości ludzi do jej używania. Jest to, coby nie mówić, dosyć świeża i nietuzinkowa idea, wprowadzona do świata fantasy, w którym magia znikła, choć zaczyna znów grać pierwsze skrzypce. I gdyby jeszcze autorka postanowiła to jakoś rozwinąć, w jakiś sposób uargumentować, to byłoby ok. Sęk w tym, że to zdanie - w mojej opinii - jest zupełnie zbędne i tylko mnie rozjusza.
Bowiem gdyby było tak, jak Sarah J. Maas każe nam myśleć, okazałoby się, że osoby mające anemię uchodziłyby za najlepszych czarodziejów bądź czarownice. Natomiast znając "Koronę w mroku" i wiedząc, że jedna z postaci posługuje się magią, a do tego jest postacią, które pewnie jako jedna z wielu osób odżywia się najlepiej w królestwie, anemii mieć nie może.
Po co więc autorka wsunęła w fabułę tę tezę, skoro w żaden sposób nie współgra ona z treścią? Czy autorka w kolejnych odsłonach o tym zdaniu będzie jeszcze pamiętać?

PODSUMOWUJĄC
Szczerze uważam, że jest to druga część, która niezupełnie mnie zadowoliła po tak dobrze zapowiadającym się "Szklanym tronie". Być może spowodowane jest to faktem, że za wiele nadziei w niej pokładałam i się przeliczyłam. A może już po prostu nie jestem targetem książki o tak jasno i prosto tworzonych postaciach, fabule i intrydze dla niewymagającej osoby, która chce po prostu przy książce miło spędzić czas, wyłączyć się, a nie czerpać coś więcej prócz satysfakcji...
Świat jest tu nakreślony dość barwnie, ale i w klarowny sposób, autorka nie pozostawia niedociągnięć w opisie, ale też niespecjalnie go rozbudowuje, co mnie po dłuższym czasie trochę zniechęcało.
Myślę, że młodszy nastolatek po takiej lekturze byłby zadowolony i z chęcią sięgnąłby po kontynuację. Ja nie wiem jeszcze czy to zrobię. Być może jakaś pochlebna recenzja mnie do tego zachęci, ale na razie wolałabym skupić się jednak na czymś, co przeczytam maksymalnie się angażując w historię :)

Nadal próbuję doskonalić sztukę pisania recek i właściwie sprawie mi to całkiem sporo satysfakcji. Dajcie znać, czy czytaliście już drugą część "Szklanego tronu" i czy wam się podobał?
Mam też nadzieję, że nie tracicie maksimum swojego czasu czytając w domu i wychodzicie na dwór, gdy pogoda jest taka piękna i aż kusi, by skorzystać z tych cieplutkich promyczków! ;)

Pozdrawiam!

poniedziałek, 19 czerwca 2017

"Opowieść podręcznej" serial a książka. Porównanie

Hej Wam! Witajcie z powrotem. :)
Uznałam, że taki post byłby potrzebny, a ponieważ i pierwszy sezon serialu się skończył, a przy okazji też jestem świeżo po przeczytaniu książki, to tym samym dobrym pomysłem byłoby to wykorzystać. Możecie to więc potraktować jako dwie skupione recenzje.

Aha - losy bohaterów i fabuła są ze sobą mocno powiązane, lecz nie obawiajcie się! Postaram się całkowicie uwolnić tę recenzję od spojlerów! ;)

Uczycie się łaciny? :D

Postanowiłam, że zacznę tę nieprzeciętną recenzję od bohaterów, których mamy zarówno w serialu, jak i w książce. Zdaje się, że najistotniejszą wśród postaci jest Freda (June). Wielu osobom oraz mnie samej zresztą również wydawało się, że postać Fredy będzie tym, do czego współczesna literatura nas przyzwyczaiła - czyli, że będziemy śledzić losy bohaterki niezwykłej - odważnej wybranki (jak to w dystopiach bywało - patrz: Katniss, czy choćby i Triss) natomiast zarówno serial jak i książka dosyć mocno od tego odstępują. Są oczywiście elementy rebelii, wychodzące co jakiś czas na jaw, jednak Freda do końca pozostaje bohaterką bardzo wycofaną - jest to celowy zabieg, aby czytelnik (ale też widz) mógł chłonąć obraz dystopii i uważnie się jej przyjrzeć. Sama Freda natomiast jest pewnego rodzaju everymanem - naturalnie także mamy możliwość zgłębić jej przeszłość i śledzimy z uwagą jej losy, jednak bardziej ma za zadanie być postacią symboliczną i taką, z którą każdy może się utożsamić. Trzeba także zwrócić uwagę na jej metamorfozę - widoczną w obu dziełach.
Jedną z najważniejszych misji Fredy i ostatnią z pozostałych jej celów życia, jest jej kilkuletnia córka, odebrana jej i wychowywana przez obce osoby z dala od niej. Ta bohaterka naprawdę jest w stanie znieść wszystko w imię tej bezsilnej miłości do odebranego dziecka - każde niebezpieczeństwo i poniesione poświęcenie mają prowadzić June do jej córki, choć kroki bohaterki wydają się być bezcelowe i obłąkańcze, zupełnie jakby błądziła we mgle. Sama jest bardzo zachowawcza, wie, że jest zawsze obserwowana i że każdy swój błąd może przypłacić życiem, zdaje sobie sprawę z bezustannej inwigilacji. Ale czerpie siłę z faktu, że władzy nie udało się jej złamać.

W serialu dużą uwagę trzeba zwracać na grę aktorską, ponieważ jest praktycznie jedynym sposobem na to, żeby dowiedzieć się, co postać czuje - jest przecież więźniem w opresyjnym systemie i nie może się zdradzić inaczej.

Następną postacią, o której warto wspomnieć jest Serena Waterford, czyli żona komendanta Waterforda. No i tu wychodzi na jaw jedna z ważniejszych, według mnie, różnic, ponieważ w książce tworzą oni małżeństwo posunięte w latach. Wydaje mi się, że być może wpłynęło to na to, jak postrzegałam Serenę - jako bardzo odległą, wyniosłą i chłodną osobę (w serialu aktorka gra znacznie bardziej emocjonalnie). Ta postać jest także dosyć istotna w serialu, poświęcony jest jej przeszłości nawet jeden odcinek, wiadomo że wcześniej była istotną personą polityczną, miała duży wpływ na to, jak wygląda kraj w którym żyje, być może nawet bardziej przyłożyła rękę do jego powstania niż sam Waterford - w książce bardziej podkreśla się z kolei jej pobożność. W podobieństwach obu kreacji wymieniłabym przede wszystkim jej władczy charakter i powiązanie z czarnym rynkiem - fakt, że mimo rygorystycznego prawa, ona sama bardzo się od niego dystansowała i zachowała swój charakter.
Skoro zatem mówimy o wesołej rodzince, to pora wspomnieć o Fredzie Waterfordzie, który pełnił ważną funkcję polityczną w swoim regionie. Postać serialowa dosyć różni się charakterem od książkowego bohatera. Waterford w książce jest w podeszłym wieku i wydaje mi się, że w związku z tym jego charakter jest znacznie łagodniejszy (mnie wielokrotnie podczas czytania przychodziło do głowy, że przypomina on trochę miłego dziadzia), w przeciwieństwie do Sereny, on bardzo budził moją sympatię - z niewiadomych mi przyczyn, przecież nie mógł być bez winy. Być może to zasługa mistrzowskiej charakteryzacji i samego aktora, bo serialowy Pan domu wydaje się od samego początku niezwykle magnetycznym, silnym i władczym mężczyzną, a do tego widać jego hipokryzję tym mocniej, im bardziej oddaje się władzy i daje wyraz swojej ufności w idee i wiarę w jedyną słuszną religię. Do tego śmiało można wspomnieć, że daje sobą manipulować Fredzie i widać, że bardzo mu na niej zależy, dlatego z przyjemnością spełnia jej prośby.
Byłą najlepszą przyjaciółką Fredy jest Moira i właściwie muszę przyznać, że  jej postać jest w pełni oddana zarówno w serialu jak i w książce, jej losy są bardzo spójne. To silna bohaterka, prawdziwa wojowniczka, feministka, osoba bardzo szczera, odważna i bezpośrednia, choć przez większość czasu poświęconego jej na ekranie czy w lekturze należy ona do przeszłości.
Zdecydowanie z kolei postacią, której charakter i przedstawienie się od siebie różni, jest Janine. To jedna ze znajomych Fredzie podręcznych, która została mocno skrzywdzona i złamana przez system, w obu przypadkach jednak inaczej - w książce jest jedną z fanatycznych zwolenniczek wprowadzonego systemu; z kolei w serialu mamy możliwość cały czas obserwować jak ta kobieta się zachowuje i do czego doprowadzają sytuacje, z którymi psychicznie nie potrafi sobie poradzić. Janine jest naprawdę wrażliwa i jej przykład pokazuje, co robią i jak manipulują przedstawiciele systemu, czyniąc z ideologii groźną broń.
No i ostatnim, choć nie najmniej istotnym bohaterem jest Luke; z samej książki nie za wiele o nim wiadomo, jest postacią rozmytą i należącą do przeszłości Fredy, poza tym bohaterka nigdy się nawet nie dowiaduje, czy jej ukochany żyje czy nie. Pod względem oddania losów i charakteru tego bohatera bezwzględnie wygrał dla mnie serial. Jego wątek jest znacznie bardziej rozwinięty i tworzy tę opowieść na równi z resztą, poza tym uważam za ciekawą jego kreację. Jest wartym uwagi bohaterem.

Wiele rzeczy nie wolno w tym nowym świecie - nie tylko przyjemność jest zakazana, ale też zdrowe, ludzkie relacje, jak miłość czy przyjaźń, a nawet posługiwanie się przez Podręczne swoim prawdziwym imieniem - są tylko własnością mężczyzny i od jego imienia noszą swoje miano.

Fabuła właściwa mocno się od siebie różni i to na tyle, że nieważne w jakiej kolejności zapoznacie się z obydwoma dziełami, i tak w rezultacie będziecie zaskoczeni. Szczególnie w serialu akcja toczy się wartko i usiana jest zaskakującymi wydarzeniami, które uświetniają historię.
Przede wszystkim warto skupić się na obrazie tej dystopii, przedstawianym nam przez autorkę; mamy możliwość obserwować co się dzieje, gdy do władzy dochodzi fanatyzm religijny narzucony obywatelom i wprowadzający stopniowo dyktaturę oraz "naturalny porządek rzeczy", w którym niemal wszystko zostaje zakazane. Czytaniem i jakąkolwiek pracą zarobkową mogą się odtąd zajmować wyłącznie mężczyźni, następuje rewolucja kulturowa, w trakcie której wszelkie przedmioty należące do zepsutego, konsumpcjonistycznego społeczeństwa Stanów Zjednoczonych zostają zmiecione z powierzchni ziemi (kosmetyki, ubrania, biżuteria, telefony komórkowe, wszelkie urządzenia elektroniczne, a także wszelkie używki itd.) W domach rządzą wolne kobiety - żony Komendantów, to one zajmują się tu dyscypliną, ich władza jest prawie nieograniczona - nie mają wstępu wyłącznie do gabinetu męża, gdyż żadnej kobiecie nie wolno przestąpić tego progu. Gotowaniem i sprzątaniem zajmują się marty, każdy Komendant ma także szofera, i Podręczną, której obowiązkiem jest wydać na świat dziecko.

Za wszelki przejaw nieposłuszeństwa grozić może surowa kara od trwałego okaleczenia, przez wysłanie do niewolniczej pracy w kolonii aż po egzekucję. Poza tym serial jest dosyć brutalny oraz szokujący.

Ścieżka dźwiękowa dobrana do serialu to prawdziwy majstersztyk i naprawdę był to element, który za każdym razem idealnie wprowadzał w atmosferę. Utwory fantastycznie powiązane z sytuacjami wielokrotnie powodowały u mnie autentyczne, silne emocje, szczególnie zaś strach i niepokój o los bohaterki w ostatnich odcinkach, ale muzyka także najszybciej rozładowywała napięcie i wprowadzała pewien błogi nastrój (szczególnie u mnie, kiedy rozpoznawałam jakiś znany sobie utwór, niebanalnie wykorzystany w ścieżce dźwiękowej i doszyty do fabuły po mistrzowsku).

"Opowieść podręcznej" to tylko historia. Jest fikcją, jednak jak każda baśń - ma w sobie ziarno prawdy, która ze wstrząsającym obiektywizmem zdaje się podsumowywać nasze aktualnie społeczeństwo.

Warto zauważyć, że serial został nieco zmieniony i pewnie dlatego ma tak pozytywne recenzje - książka była mocno uogólniona i pisana ponad trzydzieści lat temu, ale realia serialu zostały mocno uwspółcześnione i przypominają nasze obecne czasy (np. June używa Tindera, Moira jest tak feministycznie-współczesna i przekonana o słuszności swoich tez) i myślę, że jest to ogromny plus i zasługa, ponieważ mocno rzuca się w oczy fakt, jak niewiele trzeba, by nasz świat się zmienił i jest to szokujące.

Poza tym serial obfituje w świetne ujęcia i jest po prostu bardzo dobrze wykonany, dbałość o szczegóły jest godna podziwu, nawet kostiumy są fantastyczne, nasycenie barw i minimalizm to prawdziwy balsam dla oczu.

Dlaczego warto?
Uważam, jak zwykle, że warto znać tego typu historie.
Zarówno książka, jak i serial to doskonała opowieść, z której wiele można wyciągnąć wniosków, przede wszystkim uczy o tym, jak oddanie władzy komuś niewłaściwemu - zwłaszcza, jeśli jest on fanatykiem (nie tylko religijnym, ale w ogóle) - może być niebezpieczne. Jesteśmy praktycznie niczym w stosunku do naszych władz, co pokazuje także i historia. Łatwo jest zastraszyć społeczeństwo i narzucić mu swoje prawa, zwłaszcza w sytuacji, gdy jedyną opcją jest śmierć i zapomnienie. Dbamy o siebie, o wygodę, ubezpieczamy się na życie, pracujemy, aby mieć za co żyć na starość, czujemy się zbyt bezpieczni, przyzwyczailiśmy się do tego, że to państwo nam służy i staliśmy się słabi. A słabych najczęściej niszczy to, co sami stworzyli.


I to by było na tyle! Czy zachęciłam Was do zapoznania się serialem, lub książką? Wiem, że dystopie są obecnie bardzo modne, a pomyślałam, że zakończenie pierwszego sezonu serialu jest doskonałym momentem na taki post; zresztą tematyka tej jednej książki bardzo mną wstrząsnęła i stała się moim ulubionym dziełem w ostatnim czasie - podobnie jak serial.

Ja teraz wzięłam się zupełnym przypadkiem za "Opowieści" Mrożka, których na pewno postaram się zrobić recenzję, a co u Was słychać od tamtego czasu?
Pozdrawiam!

wtorek, 14 marca 2017

Italians do it better

Hej Wam!
Dla niektórych Walentynki to ciężki okres. Jedni korzystają, szalejąc, obdarowując swoją drugą połówkę prezentami, korzystając z uroków tego komercyjnego święta, inni woleliby o nim zapomnieć i przyśpieszyć bieg słońca, aby ten dzień jak najprędzej minął.
Ponieważ jestem szczęściarą, to udało mi się na ostatnią chwilę trafić do kina na świetny seans! Choć kolejka była onieśmielająca, to nie ugięłam się i zamiast zdecydować się na tego ciemniejszego pana, o którym tak było głośno ;) wybrałam się na zaiste bardzo interesujący film.

Jako że studiuję, co studiuję, ostatnio staram się poszerzać moje zainteresowania włączając w to szczerze i intuicyjnie język włoski - a to oglądam filmy włoskich reżyserów, a to zdecydowałam się na prenumeratę Italia Mi Piace, a w najbliższym czasie przeczytam chyba Hamleta po włosku.
I odkryłam coś fantastycznego.

DOBRZE SIĘ KŁAMIE W MIŁYM TOWARZYSTWIE
Tytuł oryginału to Perfetti Sconosciuti (jeśli mam być szczera, to również i tutaj można było spodziewać się kaszany tłumaczeniowej; tytuł w oryginale znaczy zupełnie co innego, no ale nie będę się kłócić, chociaż czasem jak sobie pomyślę, co powiedziałby reżyser na taki tytuł, to ręce opadają...) i to chyba nim wolę się posługiwać. No nie oszukujmy się, ciężko przetłumaczyć tytuł tak, by film miał sens i by zachować myśl przewodnią, no ale gdybym położyła sobie oba te zdania, zupełnie nieświadomie, to uznałabym, że mam przed sobą dwa tytuły zupełnie innych filmów. Poza tym Perfetti Sconosiuti łatwiej napisać, niż "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie".


Od jakiegoś czasu miałam już bardzo na niego ochotę, więc Walentynki wydawały się idealnym momentem, by skorzystać i przybyć na seans. Film, z tego, co wiem puszczany jest wyłącznie w Kinie Nowych Horyzontów.
Genovese tworzy pozornie słodkie, miłe dla oka widowisko - w pustym domu spotyka się grupka najbliższych, zżytych ze sobą przyjaciół. Wśród nich są trzy małżeństwa - jedne z dłuższym stażem, inne z krótszym, oraz singiel, wszyscy jednak dobrze się znają i kolacja przebiega w miłej atmosferze. W pewnym momencie ktoś wpada na pomysł, aby zagrać w grę. Wszyscy wyciągają telefony i od tej chwili biesiadnicy będą dzielić się ze sobą wszystkimi wiadomościami i rozmowami. A to jest iskrą, która rozpali pożogę.

Wydaje się, że to słodko-gorzki komediodramat. Jak słusznie jest napisane tu powyżej - każdy z nas ma trzy życia: publiczne, prywatne i sekretne. Paolo Genovese zgrabnie żonglując wątkami w filmie pokazuje nam wszystkie te trzy odsłony naszego życia.
Z początku ilość postaci jest nieco uciążliwa, trudno nadążyć; tak wielu z nich ma tak barwne światy, że połączenie imion z postacią jest nieco kłopotliwe. Staje się to znacznie łatwiejsze, gdy w końcu siadają do stołu. Jak to w gronie przyjaciół trwają ożywione rozmowy, goście przerzucają się żartami i panuje wesoła atmosfera. Patrząc na ten obraz trudno nie odnieść wrażenia, że ci ludzie wiodą zgodne, pełne harmonii żywoty i każdy ich dzień to niekończące się pasmo sukcesów.
Pierwsze smsy i rozmowy wydają się niewinne, nikt nie ma powodu do strachu czy niemądrych podejrzeń, ale gra dopiero się zaczęła i będzie trwać jeszcze długo.

Pomówmy o bohaterach - pytałam swojego lubego i on sam wskazał, że jego sympatię zdobył Rocco (na zdjęciu trzecia postać od lewej) i nie bez powodu. Rocco i Eva (ostatnia po prawej) tworzą parę, którą dopełnia ich nastoletnia córka. Rocco jest uosobieniem rozsądku, nie tylko w małżeństwie, ale odznacza się nią także w innych momentach filmu. Jego postać jest bardzo istotna. Eva z kolei podchodzi do wszystkiego dosyć emocjonalnie, jest terapeutą, a także ma swoje zdanie względem wychowania córki, która regularnie się wobec niej buntuje.
Mamy tu także Peppe (pierwszy od lewej), beztroskiego rozwodnika, który poszukuje miłości, ale sam także posiada ogromny sekret. Wydał mi się bardzo sympatycznym bohaterem.
Ale moją ulubioną postacią jest na pewno Bianca (druga od prawej), która jest świeżo upieczoną żoną Cosima (czwarty od lewej). Na pierwszy rzut oka oboje są bardzo zgrani i przechodzą etap, w którym bardzo okazują sobie czułość - być może dlatego, że starają się o dziecko.
Ostatnie postaci to małżeństwo, które będzie miało swój specjalny czas w filmie - to Lele i Carlotta. Mają dwójkę dzieci. Mieszka z nimi także matka Lele, chorowita starsza pani, która niesie swoją pomoc.

Film jest interesujący, ponieważ mocno zaskakuje widza i pokazuje prawdę, a także bawi praktycznie do ostatniej sekundy. To będzie chyba moje odkrycie roku! :D
Jeśli będziecie mieli okazję go obejrzeć, to się nie wahajcie!

AUTOR KTÓRY DOSŁOWNIE MROZI KREW W ŻYŁACH
Oprócz literatury włoskiej w tym miesiącu wzięłam się za Remigiusza Mroza. Wybrałam sobie z jego dorobku książkę, która treścią była najbardziej dopasowana do moich gustów i jestem olśniona "Świtem, który nie nadejdzie".


Jego główny bohater nagle pojawia się w Warszawie wyłącznie z jedną walizką i postanawia zacząć wszystko od nowa. Ale już wkrótce przekona się, że ucieczka od przeszłości w jego przypadku to ulotne marzenie. Dlaczego? Być może ma z tym coś wspólnego jedna z warszawskich mafii - Bannicy.
Realia książki to dwudziestolecie międzywojenne, które ostatnio cieszy się naprawdę coraz większą popularnością (serio, co rusz słyszę, że ktoś się interesuje tym okresem), a których charakter myślę, że bardzo dobrze został odwzorowany. Nawet do tego stopnia, że teraz awansowałam na dwudziestowieczną burdel mamę, bo rozróżniam typy ówczesnych prostytutek :P

Wiecie co? Ta książka nawet nie jest specjalnie lubiana wśród fanów tego autora, a ja już uważam, że to świetna powieść, choć nie zapoznałam się jeszcze z jego najlepszymi książkami. Historia bardzo trzyma w napięciu, bo widzimy, że bohaterowi może się coś stać, że może nawet zginąć; w dodatku jest bardzo tajemnicza i mroczna, zwłaszcza jeśli chodzi o samą główną postać Ernesta Wilmańskiego, o którym niewiele i zdawkowo się dowiadujemy paru rzeczy i mimo to jego historia jest bardzo niekompletna, przez co on sam jest bardzo, bardzo zagadkowym bohaterem.
Co więcej! Książka ma absolutnie ciekawe zwroty akcji, dzięki którym wszystko nabiera tempa. Przepięknie obrazuje życie mieszkańców Warszawy, także z takimi smaczkami jak Tuwim, albo kobieca policja - najbardziej wyszydzany oddział stróżów prawa.

Bardzo polecam, jeśli lubicie właśnie książki osadzone trochę w historii i po prostu dobre ;)

NAJLEPIEJ IMPROWIZUJĄCY AKTOR TO RDJ
Dla odmiany coś o sztuce.
Ponieważ czasami nudzi mi się okropnie na zajęciach z literatury włoskiej, ale jestem taką istotą, że takie rzeczy jednak mnie kręcą, chociaż coraz mniej mam ochotę zapoznawać się z lekturami na studiach, to od czasu do czasu stwierdzam, że na tych zajęciach coś naprawdę jest inspirujące i warte mojej uwagi.
No i tak jest z tak zwaną komedią dell' arte. Co to komedia, to nie trzeba nikomu tłumaczyć, a komedia dell' arte to bardzo specyficzny rodzaj dramatu, w którym tylko od aktorów zależy, czy postanowią trzymać się scenariusza, ponieważ cała idea tejże sztuki jest absolutna improwizacja.
Ten gatunek powstał we Włoszech i właśnie stamtąd na podbój Europy ruszyły aktorskie trupy.
Oprócz improwizacji, która była ważnym elementem każdego spektaklu, jak to w teatrze bohaterowie posiadali pewne stereotypowe rysy - wśród nich była dwójka zakochanych, para służących, błazen, kapitan, żołnierz i ojcowie zakochanych (w dosyć sporym uogólnieniu). Scenarzysta zwykle stawiał przed zakochanymi jakiś problem, intrygę, która ich przerastała, natomiast której sprostać mogli słudzy (zazwyczaj było ich trzech - dwaj nie w ciemię bici mężczyźni i zaradna służąca).
Sama idea bardzo mi się spodobała i stwierdziłam sobie, że jeśli nadarzy mi się w wakacje okazja, by to obejrzeć, to na pewno skorzystam.

Niestety trochę za późno dowiedziałam się, że w Krakowie jest jedna trupa uprawiająca czynnie komedię dell'  arte. I że całkiem niedawno odbywało się nawet wydarzenie im poświęcone. 
Smutek? No, tak trochę. Ale za rok nastawię wcześniej budzik i postaram się wybrać.

Jeszcze dokładnie nie wiem, na kiedy, ale przyszykuję coś specjalnego. Trochę będzie o książkach, ale sama nie znalazłam odpowiedzi na swoje pytanie w internecie, co trochę mnie popchnęło do zdecydowanych działań.
Ale musicie na to nieco poczekać.
Pozdrawiam!

czwartek, 22 grudnia 2016

OSTATNIE SŁOWO W TYM ROKU BĘDZIE NALEŻEĆ DO MNIE! ;)

[źródło]





Hej Wam!
Widzę, że blogowanie jakoś średnio mi idzie, bo chyba wyczerpały mi się tematy do poruszenia. Ale teraz mam nadzieję nieco Was zaskoczyć.
Mogłabym zrobić post podsumowujący ten rok. Rachunek sumienia, ile kasy wydałam w tym roku na książki, ile ich przeczytałam? Jak oceniam rok 2016? Co udało mi się osiągnąć?
To ważne sprawy; na tyle ważne, by ludzie sami zdali sobie sprawę z ich wagi. Ponieważ warto się w ten sposób na przykład docenić. :)

Dużymi krokami nadchodzi kilka tych magicznych dni w roku, w trakcie których warto będzie znaleźć czas na wszystko, czego zazwyczaj nie robicie.
Czujecie już te Boże Narodzenie?
Wiecie...
W ostatni weekend zostałam dla odmiany we Wrocławiu. Nie chciałam wracać do domu, żeby nie marnować pieniędzy - w końcu i tak wróciłam we wtorek. Poznałam sympatycznego chłopaka z Interpals - kto nie wie, niech nadrobi, czytając mój stary jak świat post na temat tej strony. Jako, że mieszkamy w jednym mieście, to zaprosił mnie na niedzielne spotkanie w świątyni, w której grał na keybordzie. Jestem jedną z tych osób, która mimo, że jest chrześcijanką, to nie boi się spotykać na swojej drodze innych wyznań i traktować ich z szacunkiem (pewnie moja mama dostałaby zawału, że poszłam do jakiejś sekty :P).
Poszłam.
Trafiłam do Międzynarodowego Kościoła Chrystusowego. Nazwa trochę dziwna, ale nie mnie oceniać, oczywiście. Tylko nie sprawdzajcie w Google co to, bo dojdziecie do tych samych wniosków, co moja mama! Siadać, złożyć ładnie rączki i czytać, co mam do powiedzenia!

Nie wiedziałam, czego miałam się spodziewać, więc obraz, jakiego byłam świadkiem bardzo mnie zadziwił. Z początku podchodziłam do całego nabożeństwa z pewną dozą niepewności i tej charakterystycznej adrenaliny, która pojawia się zawsze, gdy robimy coś szalonego, coś nowego i nieznanego i mamy poczucie że skaczemy w mętną wodę, choć znamy tylko swój basen. Nie było ani ołtarza, ani eucharystii, nigdzie w zasięgu mojego wzroku nie znajdowało się nic, co znałabym z kościołów rzymskokatolickich - złote świeczniki, lśniący biały obrus, boazeria na ścianach, ogromne szklane, kolorowe okna, itd. Były tylko dwa rzędy krzeseł, między którymi pozostawiono wąskie przejście. Naprzeciw nich znajdował się rzutnik oraz na niskim stoliku leżał wieniec adwentowy.
Nabożeństwo szczerze mówiąc nie przypomina mszy świętej pełnej wzniosłych formułek, które powtarzają zgromadzeni ludzie, mając w głowach coś innego.
Całość odbywa się w języku angielskim - w końcu Kościół Międzynarodowy, więc zgromadza wielu ludzi innych narodowości i kultur. Zanim zaczynamy, jakaś kobieta przejmuje mikrofon i wita nas, przy czym prosi, abyśmy uśmiechnęli się do osób sobie najbliższych i się z nimi krótko przywitali. Wszystko rozpoczyna, oraz wieńczy kilka pieśni (w ostatnią niedzielę były to głównie pieśni świąteczne - jedna nawet z XVII wieku, jak się potem dowiedziałam). W punkcie kulminacyjnym na rzutniku wyświetlane są czytania z Pisma Świętego oraz Ewangelia, którą mogą odczytywać ludzie w tłumie, a potem następuje kazanie czy raczej homilia wygłoszona przez konkretnego mężczyznę - jest to założyciel tego kościoła, jego "przewodnik". Nie jest to ksiądz, nie ma święceń, prawdopodobnie jest teologiem, ale jego słowa są mądre i proste (zważcie, że wszystko nadal przekazuje w języku angielskim).
Kiedy kończy się nabożeństwo ten sam mężczyzna prosi, by jakaś dziewczyna mniej więcej dwudziestoletnia stanęła na środku przejścia, pomiędzy rzędami krzeseł. To Azjatka. Mężczyzna mówi, że w swoim kościele nie mają zbyt wiele ceremonii, ale na pewno celebrują bardzo emocjonalnie jedną rzecz - odejście. Opowiada o dziewczynie w krótkich słowach, żegna ją, mówi o niej naprawdę piękne słowa. Żadna ceremonia kościelna nigdy nie wzbudziła we mnie tak wielu emocji. Potem prosi znanych sobie młodych ludzi, by stanęli obok tej dziewczyny i ją pożegnali. Więc grupka osób wstaje i obejmuje tę dziewczynę ciasnym kręgiem, obejmując ją. To najpiękniejsza rzecz, jaką widziałam w życiu.
Po chwili wszyscy ocierają łzy i zapraszają na kilka minut rozmowy i poczęstunku.

Co chciałam Wam przekazać poprzez ten wpis?
Jesteśmy szczęśliwymi ludźmi.
Wracamy do domów na święta. Za bilet mogą zapłacić nam rodzice.
Mam nadzieję, że nie będziecie musieli żałować, że ktoś z waszych bliskich nie może z wami być. Mam nadzieję, że podzielicie się tym symbolicznym opłatkiem z każdą ważną dla Was osobą. Nawet jeśli jesteście ateistami - tradycja opłatkowa jest piękna. Bo dzięki niej możecie szczerze złożyć życzenia komuś konkretnemu, tak, aby pomyśleć na spokojnie, obdarować każdą osobę innymi życzeniami, dopasowanymi bardziej do jego marzeń, jego charakteru, jego bolączek i jego problemów. No i kiedy spędzacie Sylwestra w innym miejscu, to warto zawczasu pożyczyć komuś prosto z serca, ponieważ Boże Narodzenie można traktować jako koniec Starego Roku i początek Nowego.
Kiedy będziecie wśród swojej najbliższej rodziny - a może przyjaciół, to postarajcie się wspomnieć choć na chwilę o osobach, które często nie mogą być w tym pięknym czasie ze swoimi bliskimi. Każdy przecież chce Wigilię świętować w rodzinnym gronie.
Czasami jednak to niemożliwe.
We Wrocławiu, i nie tylko tam, żyją ludzie, którzy w większości wyjeżdżają do miejsca, w którym nie mają nikogo bliskiego. Są to studenci, osoby z wymiany, imigranci z najróżniejszych miejsc na świecie. Międzynarodowy Kościół Chrystusowy zastępuje im rodzinę, powstaje tam mnóstwo więzi, nie ma tam osób, które źle sobie życzą, każdy chce być dla kogoś innego wsparciem, chce pomóc i dostarczyć tego ciepła. Chce być częścią rodziny. Wolnej, trochę sztucznej - ale za to niezwykle szczęśliwej rodziny.

Najpiękniejsze miejsce.
I dopiero wtedy zdajesz sobie sprawę, ile wokół ciebie jest innych osób. Stoisz obok Ukrainki, Amerykanina, Koreanki, kogoś czarnoskórego, ale nie czujesz żadnych uprzedzeń.

Życzę Wam naprawdę Wesołych Świąt. Nie bójcie się zmian - nie traćcie ciekawości świata - szukajcie siebie - odnajdujcie bratnie dusze, uczcie się mówić w ich języku - skaczcie na głęboką wodę - spełniajcie marzenia - czytajcie fajne książki, słuchajcie ulubionej muzyki i oglądajcie fajne filmy - dbajcie o siebie, swoje zdrowie, swoje ciało i swój umysł - bywajcie w magicznych miejscach i wracajcie do nich - jeśli trzeba, to poczekajcie cierpliwie. No i wszystkiego, co najlepsze, w Nowym Roku, aby szczęście nigdy Was nie opuszczało!

Buon Natale e Felice Anno Nuovo!
Pozdrawiam! 

wtorek, 13 grudnia 2016

Muzułmańska mała czarna

Hej, wracam do was znowu z podsumowaniem moich ostatnich odkryć oraz postaram się was tym zainteresować.

JAK W TYTULE
Miałam ostatnio ciekawą rozkminkę, narodzoną chyba z nudów. Mianowicie napadło mnie takie dziwne pytanie, czy dżihab musi być koniecznie czarny? Wiecie, raczej po prostu staram się nie poruszać tematów religijnych, zwłaszcza gdy chodzi o islam. To jak włożyć kij w mrowisko, poza tym mam wrażenie że obraz islamu, jaki przyjmujemy niewiele ma wspólnego z prawdą i jest bardziej zlepkiem różnych historii z życia wziętych i legend miejskich, dodatkowo doprawionych 9/11 oraz rozprzestrzeniającym się terroryzmem.
No i kiedy tak siedziałam i myślałam że "rany, w tej Arabii i Syrii to przecież tak gorąco non stop; jakim trzeba być człowiekiem by kazać kobiecie chodzić w skwar opatulona od stóp do głów w ciemne ubrania". Temat mnie zainteresował i trafiłam na ciekawy "wywiad" przeprowadzony z jakąś zwyczajną wyznawczynią, która odpowiedziała na to i kilka innych dosyć ciekawych pytań. Odpowiedzi nieco mnie zaskoczyły. Zwłaszcza część o piżamie :D Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jak muzułmanki radzą sobie w czasie przeziębienia (i nie tylko) to zapraszam po odpowiedzi ;)

"TY JESTEŚ JAK ZDROWIE..."
Nie wiem, jak was, ale mnie jeszcze nikt do zdrowia nie porównał. Pewnie dlatego, że zdrowie to podstawowa sprawa. Niestety, wiem, co mówię. Od kiedy pamiętam, niestety w okresie przejściowym obejmującym jesień-zima-wiosna, od zawsze mam problemy ze zdrowiem. Nie było takiego roku, żebym nie prychała, kaszlała, żeby nie bolało mnie gardło, nie wyszło mi zimno, afta, jęczmień, itd. W tym roku starałam się pozostawić opinię o tym, jak wyglądam na dalszym planie i zainwestowałam w czapkę, której wcześniej nie nosiłam, lub nosiłam ją rzadko (bo wiecie, włosy się przetłuszczają, niszczy się fryzura, spada na oczy, albo po prostu wyglądam w niej jak ziemniak). Zainwestowałam w ciepłą kurtkę, a nie płaszcz zimowy i... nic z tego. Odporność jak była słaba, tak jest nadal i nie zmienia tego nic. A wynika z tego dla mnie mnóstwo problemów.
Tydzień temu miałam duży problem, kiedy z uwagi na mój brak witamin (nieważne, co bym jadła i tak co rok to samo, bo zapominam o suplementach...) na podniebieniu zrobiły mi się dwie straszne rany. Nie zjadłam nic przez dwa dni, a kiedy jadłam, to okupowałam to strasznym bólem. Nawet zimny jogurt czy ciepła herbata nie chciały przejść bez komplikacji do przełyku. Jak tylko wróciłam do domu, to z babci pomocą wyleczyłam je w dwa dni, ale afty pewnie już do końca życia będą moją męką.
Żeby się jednak przed tym uchronić, postanowiłam chociaż odrobinę zmienić swój jadłospis. Chętnie wprowadzę produkty, których wcześniej nigdy nie próbowałam, a które mogą pozytywnie wpłynąć na mój przykry niedostatek witamin i innych istotnych elementów. Od kilku miesięcy marzę o sałatce z fetą, a także bardzo chciałam kiedyś spróbować jakiegoś sojowego wytworu. :)
Najbliżej mam Biedronkę we Wrocławiu, a tak się składa, że znalazłam równie fajny wpis, jak szukałam właśnie czegoś na ten temat, jak zaoszczędzić dzięki tym produktom, a mimo to wzbogacić nieco codzienną dietę.

DRAMAT Z POTTEREM W TLE
Korzystając z okazji, że mogę poruszyć tu tematy różne to postanowiłam zwrócić większą uwagę na to, dlaczego warto być obiektywnym we wszystkim. Dlaczego? Bo emocje często potrafią zgubić człowieka. Znam siebie i wiem, że ja szczególnie ich nadużywam. Jednak jestem z natury bardziej ostrożna niż skłonna do improwizacji, więc w sytuacjach trudnych staram się poczekać i zamknąć gębę na kłódkę.
Na pewno wiecie, jaką sławą cieszy się Harry Potter. Społeczność bardziej chrześcijańską odrzuca, podczas gdy ta liberalna część świata nic tylko by śpiewała ody pochwalne w kierunku J.K.Rowling. Aby stanąć po którejś ze stron barykady najlepiej jest zapoznać się z obiektem sporu i podejść do niego (!) profesjonalnie. To znaczy między innymi, żeby przeczytać ze zrozumieniem i nie dać się manipulacji autora, bo jeśli myślicie, że autorzy to kochane misie, które tworzą książki i liczą, że pokochacie je tak samo, jak oni, a do tego nad ich głowami rozciąga się świetlista aureola, to muszę was wyprowadzić z błędu, moje słodkie niewinne misie! :D
Jeśli zapoznamy się z czymś i zamkniemy umysł na wszelkie kontrargumenty, to nie będziemy w stanie odnieść się do takiego dzieła z odpowiednim dystansem. A bez dystansu przestają śmieszyć nas żarty, tracimy humor i od razu ochotę do jedzenia.
Przeczytałam serię, kiedy miałam szesnaście lat. Czytałam też "50 twarzy Greya" oraz teraz zapoznaję się z "Lolitą" (No dobra, Alphs, ale wspominasz o tym już któryś raz z kolei, a recenzji jak nie było tak nie ma) - każda z tych książek ma swój własny, osobliwy bagaż doświadczeń. A wiecie, jestem zdania, że na każdy temat powinniśmy sobie wyrobić opinię sami, o ile to możliwe i sami coś ocenić. Moja mama bardzo nie chciała żebym czytała cykl o Harrym, była jego przeciwniczką. Bałam się więc, jak zareaguje na wieść, że seria bardzo mi się podobała i nie uważam, by była zła.
I znowu: nie wiem jak, nie wiem kiedy, trafiłam na artykuł, na forum fanowskim, na którym jedna z fanek cyklu zamieściła wpis komentujący jakiś artykuł napisany na Onecie (niestety nie podała odnośnika, więc nie wiem, kto go napisał, ani jaki był cel tego kogoś). Tu podaję wam link, ale już tłumaczę, o co chodziło.
Odsuńmy na chwilę na bok fakt, że wszystkie artykuły na Onecie czynią tylko i wyłącznie zamęt w ludzkich umysłach przekazując często informacje bezwartościowe.
Autor artykułu przez 10 argumentów chciał przekonać odbiorcę, że rzeczona książka jest nośnikiem złych wartości i niszczy kulturę europejską wykorzystując fakt, że czytelnikami Harry-ego jest młode pokolenie. Brzmi jak oszołom? Może trochę tak, ale przynajmniej nad kilkoma z jego argumentów warto się zatrzymać, m.in. zwraca uwagę na to, że czarodzieje są rasistami, że świat zwykłych ludzi jest poniżany a czarodziejski - gloryfikowany. Autor zauważa, że poprzez manipulację Rowling słowo czarownica uzyskało pozytywne znaczenie - w kulturze zapisane było zawsze w znaczeniu pejoratywnym, złym, demonicznym, a tutaj sytuacja nagle się odwraca. Dlaczego? W skutek manipulacji autorki. Kiedy w trzeciej części Syriusz mówi do Hermiony, że "Jest świetną czarownicą" to używa właśnie tego słowa w nacechowanym pozytywnie znaczeniu. Mogła użyć słowa "czarodziejka", która nieco lepiej się kojarzy. Ale tego nie zrobiła. Jak wiadomo, że nie wszyscy czarodzieje byli źli (np. Merlin).
Jakby ktoś był ciekawy, to mój ulubiony youtuber - Paweł Opydo również powybierał niektóre fragmenty pierwszej części, doszedł do całkiem podobnych wniosków, ale jego celem jest pokazywanie, że każda książka może być na swój sposób zła - ma jakieś niedopowiedzenia i błędy.
Dziewczyna nie odparła sensownie żadnego z argumentów autora artykułu, choć próbowała. Jej celem było wyłącznie ośmieszenie, a reszta użytkowników zgodnie poklepało ją po główce. Nie było nikogo, kto myślałby inaczej, nie było żadnej dyskusji, żadnej refleksji ani argumentów. Wszyscy się pośmiali.

A MY KOBIETKI DOGADAMY SIĘ PO CHIŃSKU!
Tutaj chciałam wam tylko wrzucić jako ciekawostkę ciekawy artykuł na Wikipedii, na temat Nüshu, czyli tajnego pisma kobiet, wariacji chińskiego alfabetu. Chinki, które wedle dalekowschodniej tradycji nie miały prawa uczyć się pisać i czytać po chińsku, stworzyły swój własny, również niedostępny dla mężczyzn alfabet, przekazywany po kądzieli przez kobiety z pokolenia na pokolenie. Teraz nushu jest tylko tradycją, ale nadal można się go nauczyć; nie ma już jednak takiej potrzeby, gdyż i dziewczęta i chłopcy uczą się alfabetu dostępnego dla wszystkich.
Mój chłopak stwierdził, że my kobiety stworzyłyśmy sobie własne pismo, a nie było tajne, tylko po prostu mężczyźni mieli to gdzieś, ale ja wiem, że to musiała być pełna konspira i Chińczycy pewnie zachodzili w głowę, co też ich żony do siebie wypisują ;)

I to już wszystko. Dosyć podoba mi się ta opcja wypisywania rzeczy, które udało mi się znaleźć - w końcu odciążę trochę swój pasek zakładek, który dosłownie pęka w szwach.
Jeśli nie zdążę jeszcze czegoś skrobnąć, to życzę Wam Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku, aby spełniły się wszystkie Wasze marzenia, żeby ten czas obfitował w spokój rodzinnej, ciepłej sielanki, radość płynącą z prostej bliskości kochanych osób, oraz zasłużony relaks.
Liczę, że się pochwalicie, co dostaliście na święta i jak bliscy odebrali prezenty, które Wy im podarowaliście. Może wśród podarków znalazły się też jakieś ciekawe książki? ;)
Pozdrawiam!
Szablon wykonała Sasame Ka dla Zaczarowane Szablony